wtorek, 28 sierpnia 2012

Rozdział XII


Przebudziłam się o 3 w nocy, zwierzaków już nie było w moim pokoju. Pewnie poszły na salony, na dół. Powierciłam się jeszcze kilka minut i stwierdziłam, że to nie ma sensu. Wzięłam się za ogarnięcie do szkoły… Weszłam do łazienki, wzięłam szybki, gorący prysznic. Zmieniłam opatrunek na dłoniach i założyłam stabilizator. Ubrałam krótkie spodenki, bluzkę na ramiączkach z bardzo twórczym rysunkiem: ręka z wystawionym środkowym palcem i do tego kilka czarnych bransoletek i naszyjnik z napisem: „fuck off”… Teraz strój pasuje idealnie do tego co chce przekazać moim nauczycielom. Pomalowałam rzęsy, zrobiłam czarne kreski linerem i maźnęłam usta błyszczykiem. Kiedy już wyszłam z łazienki zegar wskazywał 4:30… Mój „szybki prysznic” nie był tak bardzo szybki jak myślałam. Usiadłam przy biurku, twarzą zwróconą do okna. Obserwowałam dom Christophera… Można by raczej powiedzieć, że obserwowałam mrok. Było ciemno jak… Nie mam aktualnie porównania. I w pewnym momencie mnie olśniło, i uderzyło mnie jak grom z nieba. Tak mocno mnie uderzyło, że miałam bliski kontakt z podłogom… Z byt bliski i bardzo bolesny. Jeśli ja nie umrę do końca miesiąca, to będzie cudem… Wzięłam do moich pokiereszowanych rąk pamiętnik Christophera i pochłonęłam się w lekturze. Kiedy skończyłam czytać relacje z jego pierwszego razu, kilku mało interesujących faktów ze szkoły, oraz jego zdania na mój temat zadzwonił budzik. Wrzuciłam jego pamiętnik do torby,  którą od razu zarzuciłam na ramie i zeszłam po schodach na dół.
            -Witaj kaleko – przywitał mnie tato.
            -Cześć – odpowiedziałam wesoło.
            -Czy to na rękach też miałaś wczoraj? – pokazał na moje bandaże na dłoniach
            -Tak… Zrobiłam to sobie na boisku… Tym koło Tesco… I wpadłam w szkło.
            -Ja chyba powinienem przestać jeździć w delegacje, bo to wam szkodzi. – zaśmiał się
            -Tak… To na pewno delegacje… Okej Tatuś, ja już będę wyjeżdżała, bo pewnie dziewczyny już na mnie czekają. Papa – pomachałam mu – będę koło trzeciej
            -Pa.
Weszłam do samochodu i pojechałam w stronę Elis, a potem po Marg. Całą drogę milczeliśmy, jakoś ja nie miałam ochoty na rozmowy. Wysadziłam ich pod szkołą i weszłam do tej szkoły. Na pierwszej lekcji mieliśmy religię, ksiądz nam oddał zeszyty, no nareszcie… Na drugiej lekcji dopiero zaczęło się dziać… Chemia, z najgroźniejszym i najbardziej nielubianym nauczycielem w całej szkole.
            -Witam moją ukochaną klasę… – odpowiedziała mu cisza – Tak jak myślałem. Więc dzisiaj robimy pracę w grupie – uśmiechnął się złowieszczo – i oczywiście ja te grupy wybieram – cała klasa zaczęła buczeć na znak protestu, ale on uśmiechnął się jeszcze szerzej – wspaniale! Jesteście jedyną klasą, której tak bardzo spodobał się ten pomysł. Wspaniale! – powtórzył  - Już się nie mogę doczekać efektów waszej pracy. Także już przechodzę do rzeczy i dzielę was na grupy dwuosobowe. Margarett i Henry, Monica i Dereck, Anastazja i Michael, Roxana i Eric…
            -Co?! – przerwałam mu. Spojrzał na mnie tym swoim morderczym wzrokiem – To znaczy…   Proszę?!
            -Roxana i Eric. Której części tego zdania nie rozumiesz.
            -No może tej Roxana i jeszcze tej Eric… Także to „i” jest niezrozumiałe.
            -Roxana i Eric, to ma znaczyć, że Roxana, czyli ty jak miewam perełeczko, a także Eric, czyli ten chłopak na końcu twarzy z przygłupawym wyrazem twarzy, będziecie razem pracować w grupie.
            -Ale… - po raz kolejny spojrzał na mnie tym wzrokiem i wiedziałam, że nie ma żartów   - Jawohl sir General – zasalutowałam.
Po raz kolejny zmierzył mnie wzrokiem, i mogę się założyć, że już do końca roku szkolnego będę miała nieciekawie z tym nauczycielem. Spojrzałam na tył klasy, na tego chłopaczka z przygłupawym wyrazem twarzy, jak to ujął mój najulubieńszy nauczyciel. Kiedy zobaczyłam, że patrzy się w moją stronę momentalnie się odwróciłam… Już nie słuchałam kto z kim jest w parze, już było mi wszystko jedno. Nikt gorzej ode mnie mieć nie będzie.
            -Także siadajmy parami w ławkach.
Odwróciłam się do niego, a on siedział i czekał aż ja do niego pójdę. O nie, nie. Nie ma takiej opcji, wyprostowałam się i czekałam aż on przylezie do mnie. Po chwili znalazł się obok mnie w ławce, ze swoim uśmieszkiem.
-Teraz rozdaję wam kartę pracy. Macie ją robić wspólnie – zrobił nacisk na ostatnie słowo i spojrzał na mnie.
Ja po raz kolejny zasalutowałam i grzecznie czekałam aż dostanę kartkę. Kiedy już ją dostałam pełna powagi powiedziałam do niego:
            -Danke schön, sir. – znowu zostałam zmierzona wzrokiem.
            Wzięłam się za rozwiązywanie zadań, ale przerwał mi Eric.
            -Daj, pomogę Ci…
            -Widzisz ten napis na koszulce i ten naszyjnik?
            -Tak… Bardzo twórczy, a czemu pytasz?
            -Wyobraź sobie, że to jest do Ciebie. Więc nie odzywaj się do mnie do końca lekcji, ja to sama rozwiąże, podpisze naszą dwójkę, ty dostaniesz kolejną dobrą ocenę za nic nie robienie i potem będzie jak dawniej. Ja nie znam Ciebie, ty nie znasz mnie.
            -Ale ja chce Ci pomóc.
            -A ja chce żebyś się odwalił.
Odwróciłam się do niego i zaczęłam rozwiązywać zadania. Nagle ktoś mi chrząknął nad uchem. Popatrzyłam w górę, a tam mój kochany nauczyciel stoi ze swoim spojrzeniem typu: „co przed chwilą mówiłem?”. Ja za to spojrzałam na niego błagalnie, on pokiwał głową na nie i odszedł. Ja się odwróciłam twarzą do Erica, który siedział obok zadowolony z życia. Już chciał mi palcem pomaziać po kartce, już chciał wtrącić swoje trzy grosze. Podniosłam wskazujący palec na znak żeby milczał i dalej rozwiązywałam sama, ale kiedy tylko przechodził nauczyciel udawałam, że się z nim konsultuje. W końcu lekcja się skończyła, rzuciłam kartkę mu na biurko i wyszłam jako pierwsza z klasy. Zaraz za mną wybiegł mój „kolega” z grupy, bo jakżeby inaczej… On nie zna słów: „Odwal się.
            -Widzę, że się bardzo lubisz z chemikiem.
            -Yhym…
            -Czemu nie chciałaś mojej pomocy?
            -Yhym…
            -Rozumiem, że teraz będziesz mnie olewała, tak?
            -Yhym…
            -Zawsze będziesz odpowiadać: „yhym”?
            -Yhym…
            -Pójdziesz ze mną na bal?
            -Spadaj – weszłam do damskiej łazienki.
            Zamknęłam się w kabinie i spojrzałam na pamiętnik Christophera. Doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie czytać tego, nie jestem taka podła… Nie mówię, że w ogóle nie jestem. Wyrwałam kartkę z zeszytu, podrobiłam podpis mojego taty, napisałam zwolnienie na kilka dni ze szkoły. Szukałam w szkole Elisabeth bądź Margarett. W końcu znalazłam obie, koło mojej szafki.
-Niech któraś to weźmie i jutro da wychowawcy
            -Okej ja wezmę – powiedziała Elisabeth – Dwa tygodnie?! – krzyknęła.
            -Mam mały, problem okej? Za dwa tygodnie się zobaczymy, miejmy nadzieje, że będzie po wszystkim. Na lekcjach mówicie, że z tą nogą mi się pogorszyło i musiałam wrócić do domu.
            One tylko na siebie spojrzały, i kiwnęły głową na zgodę. Wspaniale, teraz mogę wyjść ze szkoły. Wsiadłam do samochodu, zaczęłam pisać na kartce informacje o wycieczce szkolnej, która ma trwać dwa tygodnie. Starałam się żeby pismo wyglądało na autentyczne. Wróciłam do domu, weszłam na górę. Kule wrzuciłam pod łóżko i zaczęłam się pakować. Brałam tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zeszłam na dół z torbą, weszłam do pokoju taty, oglądał mecz na łóżku.
            -Co się stało? – spytał troskliwie . Ja dałam mu karteczkę, przeczytał – Ten wasz wychowawca już mnie denerwuje, zawsze na ostatnią chwile wszystko planuje. Odwieźć Ciebie?
            -Nie, nie. Nie trzeba, mam już transport. Pilnuj mojego brata przez moją nieobecność. Może przywiozę Ci niespodziankę z wycieczki.
            -Dobrze. – uśmiechnął się. – no leć już. Tylko nie połam nogi – zaśmiał się szyderczo.
            Ja tylko zrobiłam śmieszną minkę i wyszłam z pokoju. Pożegnałam się ze zwierzakami i bratem, a następnie ruszyłam do wyjścia. Zastanawiałam się co z ciocią, czyżbym zapomniała o jej wyjeździe? A z resztą, walić na to. Nie jest to teraz najistotniejsze. Ruszyłam w kierunku domu, gdzie spotkałam się z Sophie i Susane. Obiecały mi pomoc, teraz mi się przyda. Kiedy już dotarłam na miejsce, zapukałam do drzwi. Otworzyła mi wiecznie uśmiechnięta Sophie.
            -Witaj, dawno Ciebie nie widziałam.
            -Ja ciebie, też… Pamiętasz jak mówiłaś, że kiedy będę potrzebowła pomocy, to mam do Ciebie i Susane przyjść?
            -Pamiętam.
            -No to wspaniale – pokazałam jej torbę – bo właśnie takowej potrzebuję… Noclegu.
            -Wejdź do środka.
            Od razu zaprowadziła mnie do sypialni, w której miałam spać przez następne dwa tygodnie. Nie było źle, wręcz przeciwnie. Pokój wyglądał jak komnata, łóżko ogromne z baldachimem, wielka, ale to naprawdę ogromna komoda. Toaletka, drzwi do łazienki, wiele duperelek i drobiazgów nadających pomieszczeniu tajemniczości. Piękne złocisto-czarne zasłony na oknach. Zadowolona uśmiechnęłam się do Sophie. Odwzajemniła uśmiech i otworzyła drzwi do łazienki. Zamarłam widząc ją. Była piękna i ogromna. Prysznic, wanna z dżakuzi, dwie piękne umywalki z wielgaśnym lustrem. Wyglądało to wszystko przepięknie. Zakochałam się w tym wszystkim. Wszystkie hotele pięciogwiazdkowe się przy tym chowają… No proszę was, takie luksusy za darmo.
-Podoba się?
-To chyba pytanie retorycznie, jest pięknie!
-No to na co czekasz? Rozpakuj się i przyjdź do tej sali co ostatnio.
-Dobrze.
Otworzyłam torbę, na toaletce poukładałam kosmetyki, do komody włożyłam ciuchy, ręczniki, żele i takie tam poukładałam ładnie w łazience. Pustą torbę wrzuciłam pod łóżko, to znaczy, łoże. Wyszłam z pokoju, ruszyłam w stronę sali, o której mówiła Sophie, kiedy już się w niej znalazłam, ku zdziwieniu zobaczyłam więcej osób niż Susane i Sophie. Weszłam nieśmiało do środka. Kiedy mnie zobaczyli ucichli, tylko niektórzy coś między sobą szeptali. W koncie zobaczyłam, Christophera… Jednak jakoś mało do mnie to dotarło w tym momencie. Stałam tak i patrzyłam się na każdego po kolei.
            -Chodź do nas tutaj i opowiedz co się stało – wyrwał mnie z szoku głos Susane. Kiedy na nią spojrzałam wskazywała moje kolano, na którym znajdował się stabilizator.
Usiadłam i opowiedziałam im wszystko. Każdy patrzył się na mnie uważne, słuchał uważnie. Czułam się jak jakaś królowa lub coś w tym stylu… Jak skończyłam wszyscy dalej się na mnie patrzyli, a ja na nich. Nie wiedziałam co dalej.
-Eh.. Dobrze, niech każdy wróci do tego co robił wcześniej, dajmy jej się ze wszystkim oswoić – powiedziała w końcu Sophie.
Powiedziałam bezgłośnie do niej dziękuje, ona się tylko uśmiechnęła. Poczułam wielką ulgę kiedy znowu usłyszałam harmider na sali. Wykorzystując sytuacje, że nikt mnie nie obserwuje, spojrzałam na mojego sąsiada, wskazał palcem, że mam do niego podejść. Tak też uczyniłam.
-Co tu robisz? – zapytał na powitanie.
            -Będę tu nocowała przez jakiś czas… Chcę odnaleźć mamę, bo wiem, że żyje… Potrzebuje tylko pomocy i wsparcia – spojrzałam na niego wymownie – wiesz gdzie mogę je znaleźć.
            -Okej… Przez ten cały czas – zaczął opowiadać – zadawałem się z tymi paskudami, tylko po to żeby dowiedzieć się więcej o Twojej mamie. W tedy co mnie uratowałaś, moja zdrada wyszła na wierzch. No wiesz, tajne akta przekazywałem tutaj… Wszyscy chcą  ją znaleźć, nie tylko ty. Dlaczego? Od wieków toczy się wojna, ludzie kontra kotołaki. Nie dzieje się to normalnie na ulicach, ale gdzieś w tunelach, nie chcemy rozgłosu. Codziennie ginie kilkadziesiąt stworów i ludzi. To nie kilka, kilkanaście… Kilkadziesiąt! – spojrzał mi w oczy – Kilkadziesiąt. – powtórzył. Znowu spojrzał w podłogę i kontynuował – Te stwory obiecali, że jeśli otrzymają zakładnika zakończą się wojny. Twoja mama była tutaj przewodniczką, dlatego się poświęciła. Stworzyliśmy plan odbicia, który nie mógł zawieść… A jednak, coś poszło źle, przechytrzyli nas… Zginęła nasza większość, zostali tylko najtrwalsi. W tej wojnie nie straciłem tylko wodza, znajomych i honoru. Straciłem też przyjaciela. Chce się na tych stworach zemścić, a ta zemsta polega na tym, żeby odbić Twoją mamę. Nic już nie było jak dawniej po tym wydarzeniu. Wyobrażasz sobie, że Sophie i Susane, są bliźniaczkami, zawsze obie były pozytywnie nastawione do życia, tryskały optymizmem. Obie były prawymi rękami Samanthy. Zżyły się z nią, najlepsze przyjaciółki i takie tam różne duperele. Jednak po jej odbiciu, załamały się. Susane stała się ponura i sztywna, a Sophie dobrze gra. Będę z Tobą szczery… Sophie, w porównaniu do tej dawniej, jest teraz zołzą… Wyobraź sobie jak w tedy było tutaj wspaniale, pomimo tego, że codziennie ktoś ginął, żyło się tutaj świetnie. Teraz nikomu się nic nie chce. Wszyscy się na Ciebie patrzyli, ponieważ jesteś Roxana Rox! Córka Samanthy Rox! Rozumiesz? Tylko ty możesz nam pomóc ocalić ją z rąk tych gównojadów! Tylko ty! Już wiesz, dlaczego jesteś nam potrzebna, a teraz powiedz mi. Czy przyłączysz się do mojego planu zemsty? – patrzyłam na niego zdziwiona, to było za dużo informacji jak na jeden raz, mógł to rozdzielić na raty, ale rozumiem brak czasu. – To jak? – spojrzał na mnie błagalnie.
            -Dlaczego wcześniej mi nic nie powiedziałeś?
            -Nie było sensu, ale teraz kiedy TY sama tutaj przyszłaś, wyczuwam, że jest sens wtajemniczania Ciebie. Robisz to z własnej woli… No hej, zemsta za wychowywanie się bez matki… Wyczuwam, że pozabijasz tam wszystkich! – uśmiechnął się. – To jak?
            -Wchodzę w to! – powiedziałam i odwzajemniłam uśmiech.
On mnie przytulił i wyszedł z sali. Ja za to doszłam do wniosku, że sami sobie nie damy rady. Wygłosiłam jakieś przemówienie, sama nie wiem co mówiłam, to co mi ślina na język przyniosła. Zakończyłam zdaniem: „Kto się na to pisze?”. Prawie wszyscy podnieśli ręce. „Wspaniale” – pomyślałam. Teraz nie mamy szans przegrania tej wojny. Śmierć, albo życie. Każdy stracił coś lub kogoś podczas tamtego wydarzenia. Wiedziałam, że będą chętni zemsty… A właśnie… Zemsta. Z sekundy na sekundę wzrastała we mnie coraz bardziej, nie mogę się już doczekać kiedy skopiemy dupę tym kotołakom! Chociaż wiem, że nie będzie łatwo…