poniedziałek, 28 maja 2012

Rozdział X


Ze snu wyrwał mnie budzik. Marg od razu skoczyła na nogi, wyłączyła budzik i zaniosła mojego brata do jego pokoju. Kiedy wróciła popatrzyła się na mnie dziwnie.
-Co? – zapytałam – mam jakąś narośl na pysku?
-Nie, nie… Myślałam, że Ciebie jeszcze nie ma.
-Jednak jestem – chciałam wstać, ale ból mnie powstrzymał – cholera!
-Co ci jest?
-Nic takiego. Umowa jest taka, ty idziesz do szkoły, dajesz tam komu trzeba zwolnienie, a ja po wizycie u chirurga przychodzę do szkoły.
-Tak jest!
W kolejności poszłyśmy się umyć. Potem ona przez drzewo wyszła na podwórko i pobiegła do szkoły żeby się nie spóźnić i zanieść pięknie podrobione zwolnienie z pierwszych lekcji. Ubrałam krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach, zapowiadali dzisiaj upały, a z racji tego, że rano jest zimno narzuciłam na siebie jakąś pierwszą lepszą bluzę. Zrobiłam sobie lekki, standardowy makijaż, zarzuciłam torbę z książkami na ramię i zeszłam, jeśli można tak to nazwać, na dół.
-Kiedy jedziesz do chirurga z Damienem? – zapytałam cioci
-Za chwilę idę go budzić, a czemu pytasz?
-Zabieram się z wami… Bo… Y… - musiałam coś wymyślić, przecież ciocia nie wiedziała, że wyszłam w nocy na dwór - Wczoraj jak zaliczałam skok w dal, to coś mi się stało z kolanem, i chciałabym żeby ktoś to zobaczył…
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś? – spojrzała na mnie karcąco.
-Bo myślałam, że przejdzie.
-No właśnie, myślałaś – westchnęła – ile razy mam ci tłumaczyć, że to nie jest najmocniejsza strona naszej rodziny! – uśmiechnęła się do mnie – idę po Damiena, i jedziemy.
-Dobrze.
Usiadłam sobie na kanapie i czekałam aż ciocia zejdzie z moim braciszkiem na dół. Długo sobie nie posiedziałam, mój brat w sumie to czuł już się super. Biegał, skakał tak jak dawniej, tylko mu blizny zostały i kilka ran, tylko te co kiedyś były najgłębsze. Jedziemy do lekarza, żeby powiedział kiedy może wrócić do szkoły, ale jedno mnie martwiło… Dalej był zamknięty w sobie, mam nadzieję, że jak wróci do swojego dawnego życia, to koledzy przywrócą jego dawne „ja”. Trudno mi w to uwierzyć, ale tęskniłam za nim.
-Idziemy – powiedziała ciocia.
Cała nasza trójka weszła do BMW, mojej cioci i ruszyliśmy do szpitala. Kiedy tylko weszłam do środka od razu wyczułam zapach smutku, strachu, cierpienia… Nienawidziłam szpitali, przytłaczała mnie bardzo tamta rzeczywistość. Usiedliśmy w poczekalni, ja pochłonęłam się w lekturze, którą miałam na dzisiaj przeczytać, a moja ciocia pilnowaniem braciszka. Już prawie kończyłam, kiedy wyszedł doktor i wypowiedział moje nazwisko. Oderwałam się od książki i spojrzałam na niego. Wysoki, umięśniony szatyn. Na samą myśl, że taki człowiek ma nastawiać kości miałam ochotę uciec stamtąd jak mała dziewczynka. Jednak pokonałam strach i razem z bratem weszłam do środka, ciocia wolała czekać przed. On zbadał mojego brata, ja stałam na środku jak wryta i śledziłam każdy jego ruch. Dokładnie przemył ostatki ran, zakleił takimi dużymi plastrami.
-Już w przyszłym tygodniu będzie mógł wrócić do szkoły.
-Świetnie – odparłam niepewnie…
-Coś jeszcze?
-Kolano – zrobił dziwny wyraz twarzy – moje kolano – dodałam i pokazałam na nie – boli.
Uśmiechnął się.
-Siadaj – powiedział – zobaczymy co Ci się stało.
Jak kazał tak też zrobiłam. On patrzył się na to kolano, tak jakby pierwszy raz widział to na oczy. Poklepał, postukał. Widać, że to był ciężki orzech do zgryzienia jak na jego rozumek.
-Będzie trzeba założyć stabilizator.
-Chodzić będę mogła normalnie? – zapytałam przerażona
-Będziesz mogła, ale dla ułatwienia możesz załatwić sobie kule – uśmiechnął się – poczekaj chwilę, zaraz ci go założę.
-Ok. – odparłam niepewnie.
Mój brat oglądał dyplomy, zabawki i inne duperele, które znajdowały się w tym gabinecie. Po kilku minutach pojawił się z powrotem, prawdopodobnie, trzymając stabilizator w rękach.
-No to do roboty – odparł i zabrał się do zakładania stabilizatora.
Wszystko mi wytłumaczył, co do czego służy, jak mam to ściągać, jak zakładać itd.
-Jeśli nie będziesz miała kuli daj znać, to wypożyczysz u nas.
-Dobrze… - wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi, ale przed nimi się zatrzymałam, odwróciłam do niego przodem – naklejka? – zapytałam.
-Dla brata?
-Nie dla mnie… W końcu pozwoliłam sobie założyć to homonto na nogę, chyba mi się należy – wybuchł śmiechem – Ale doktorze, ja tak na poważnie. – jego wyraz twarzy powiedział mi wszystko.
Pomimo tego wstał i wręczył mi naklejkę. Czułam się z siebie taka dumna, a raczej dzielna. Wyszłam z gabinetu i wszyscy ruszyliśmy w stronę samochodu.
-Mamy od kogo załatwić kule? – zapytałam
-Chyba moja koleżanka ma w domu… Można podjechać i zapytać się – ciocia się uśmiechnęła do mnie.
Ja już nic nie odpowiedziałam. Weszłam do samochodu,  niewygodnie było mi z tym czymś, miałam ochotę to ściągnąć i wyrzucić do najbliższego śmietnika. Podjechaliśmy pod jakąś wypasioną willę, z samochodu spostrzegłam basen… No to bogato, bogato. Oby kule nie były wysadzane jakimiś diamentami lub coś w tym stylu.
-Wy tu poczekajcie, ja zaraz wrócę. – powiedziała ciocia i wyszła z samochodu.
Odprowadziłam ją wzrokiem do furtki.
-Jutro tato wraca – nagle odezwał się mój brat
-Już jutro?!
-Tak.
-No to nieźle… - odparłam
-O co chodzi?
-Nie było go przez jakiś czas, a my wyglądamy jak po wojnie. – zaczęliśmy się śmiać – Ej… Już miesiąc minął? – zdziwiłam się
-Nie, nie… Wraca wcześniej, bo coś tam, coś tam – uśmiechnął się do mnie.
Naszą konwersacje przerwała nam ciocia, która zapukała do szyby i pomachała mi kulami. Weszła do środka, kule położyła na siedzeniu obok siebie.
-Dziękuje – odparłam.
-Nie ma problemu.
-Damien w przyszłym tygodniu może wrócić do szkoły.
-Świetnie. Do szkoły mam cię zawieźć?
-Tak…
Resztę drogi przesiedzieliśmy w milczeniu. Kiedy dotarliśmy pod szkołę, wygramoliłam się z samochodu, potem wyjęłam kule. Spojrzałam na moją szkołę, i na schody, z którymi muszę się zmierzyć… Miałam ochotę się poddać, ale nie! Będę twarda, bo muszę. Wgramoliłam się jakoś do szkoły, i zaczęłam skakać przez długość korytarza aż do mojej szafki. Tak jak myślałam, pod nią spotkałam moje przyjaciółki.
-No to nieźle – powiedziała Marg. jak mnie tylko zobaczyła.
-Ciebie też miło widzieć – odparłam.
-Wiesz w ogóle, że mamy nową nauczycielkę od twojego ulubionego przedmiotu? – szybko zmieniła temat Elisabeth.
-Informatyki?
-Powiedzmy, że stwierdzenie „ulubiony przedmiot” to w stu procentach sarkazm.
-W-f?! – wykrzyknęłam.
-Tak jest. Podobno jakaś młoda i wymagająca.
-W końcu na coś mi się przydacie – zwróciłam się do kul i stabilizatora.
Dziewczyny wymieniły się tylko dziwnymi spojrzeniami i wybuchły śmiechem. Dobrą zabawę przewał nam głos Erika:
-Aż tak źle z nogą? – odwróciłam się do niego, wskazał mój stabilizator – z tą nogą…
-Tak wiem, o którą nogę Ci chodzi. I jak widać nie jest z nią najlepiej skoro mam to coś na nogach.
-„Poboli, poboli i przestanie” – powtórzył moje wczorajsze słowa drażniąc mnie tylko.
-Nie denerwuj mnie, bo mam kule i może ci się „niechcący” stać krzywda. I gdybym tylko mogła, to przy słowie „niechcący” zrobiłabym w powietrzu cudzysłowie, ale niestety ręce mam zajęte.
-Dobrze już nie będę, widać groźna się zrobiłaś. – odszedł od nas, ale po paru krokach odwrócił się i krzyknął – Nie ma za co!
Nie odpowiedziałam nic… Po Prostu zignorowałam.
-Okej, rozmawiasz z Erikiem, a on jeszcze odpowiedział „nie ma za co”, to znaczy, że ci jakoś pomógł. No… Rox., opowiadaj nie krępuj się – powiedziała zadziornie Marg.
-Nie ma o czym opowiadać ok.? Wczoraj spotkałam mojego sąsiada, siedział na przystanku z rozwalonym nosem, i nagle pojawił się Erik, pomógł mi go zanieść do domu i tyle. I chyba w tedy coś mi strzyknęło w nodze i wylądowałam w tym. Nie ma się czym chwalić.
-Pomaganie nie wychodzi Tobie na dobre.
-Bardzo zabawne Elis... – zadzwonił dzwonek – okej, to ja kuśtykam teraz na angielski, a wy tam na swoje lekcje. Pa.
Nawet nie poczekałam na odpowiedzieć, w podskokach, dosłownie, ruszyłam w stronę sali od angielskiego. Nikogo nie było na korytarzu, a co oznacza że wszyscy weszli do środka. Pociągnęłam za klamkę dokuśtykałam do środka i w tym momencie zapadła cisza. Wszyscy wlepiali we mnie wzrok.
-Przepraszam za spóźnienie, ale coś powoduje, że dziś jestem wolniejsza niż zazwyczaj – i pomachałam pani kulami.
-Dobrze, siadaj. – wskazała pustą ławkę – a teraz przejdziemy do dalszego tematu…
I właśnie w tym momencie wyłączyłam się z lekcji. Mój brat od przyszłego tygodnia wraca do szkoły, a jeśli coś mu się tam stanie? Nie mogę do tego dopuścić… I jeszcze mój tata jutro wraca, kolejna osoba do pilnowania. Na całe szczęście ciocia wyjeżdża, ona będzie bezpieczna. Aha, i jeszcze ta dziwna sprawa z moim sąsiadem… Muszę go porządnie przesłuchać, co on tam robił, dlaczego to się skończyło tak jak skończyło i w ogóle czy on ma jakiś związek ze zniknięciem mojej mamy? Jeśli tak, to przysięgam na wszystko, że powieszę go… W sumie to jest za ładny żeby tak podle umarł, ale coś wykombinuje. To już spokojna moja głowa, puszczę wodze fantazji. Swoją drogą to nie mam żadnych dowodów na to, że zrobił krzywdę mojej mamie lub, że jest kotołakiem. Nic na to nie wskazuje, ale jednak coś tam robił, miał jakiś cel w tym wszystkim. Do dupy! Za dużo niewiadomych jak na mój rozumek! Zostałam w tym wszystkim sama… Za dużo na mojej głowie, przydałaby mi się bliźniaczka, klon, cokolwiek lub ktokolwiek. Może Sophie mi pomoże? To wcale nie jest głupi pomysł… Muszę się z nią jakoś skontaktować i poproszę ją o pilnowanie mojego brata. No to jeden problem mam już z głowy. Christophera przesłucham, mam nadzieję, że wszystko mi opowie. Jeśli tak to będę wiedziała na czym stoję, jeśli nie – będę miała kolejny kłopot na głowie. Jedynie co mi teraz zostaje to pilnowanie taty i odnalezienie siedziby czy czego tam tych popapranych kotołaków.
-Prawda Roxano? – rozległ się w klasie głos nauczycielki
-Zgadzam się z panią w stu procentach.
-Skąd w Tobie taka ufność do moich słów.
-Może stąd, że Pani jest nauczycielką, i nie powinna Pani kłamać, bo jeśli Pani skłamie to cała klasa będzie źle nauczona, i nie poradzi sobie później na maturach etc. Więc bezgranicznie ufam w to co Pani powiedziała.
-Właśnie potwierdziłaś, że nie Anglią rządzi prezydent.
-Zapamiętam te słowa i napisze tak na sprawdzianie, a jeśli pani wstawi mi zero punktów, to powiem, że to są Pani słowa, a na świadków mam całą klasę.
-Bardzo sprytnie… Nie powiem, że nie. Zaczynasz mi się podobać.
-Gustuję w płci przeciwnej.
-Zapewne… - zrobiła teatralną przerwę – Teraz przechodzimy dalej do lekcji…
W końcu się ode mnie odwaliła… Teraz mogę myśleć dalej. Skoro mój tato dzisiaj przyjeżdża, to ja muszę udawać, że nic takiego się nie stało i wszystko jest ok… Po za kolanem i bliznami Damiena. I śmiercią Tuko… Wszystko gra, jest okej… Właśnie, Tweedy zbliża się powoli do śmierci, już nie chce jeść ani pić. Nawet z miejsca się nie rusza. Będę za nią tęsknić, naprawdę. Przywiązałam się do nich wszystkich. Całe moje ZOO jest niepowtarzalne i już nie dam nikogo skrzywdzić! Nigdy. Już mam w sobie wystarczająco dużo złości i zawzięcia, jestem już prawie niezniszczalna… No prawie, bo jak widać na załączonym obrazku mam nogę w stabilizatorze, a u boku dwie laski. Tak mi minął cały dzień w szkole, na przerwach sranie w banie, czy mnie to boli i w ogóle, na lekcjach w ogóle w innym świecie. Na całe szczęście nadszedł czas aby powrócić do domu. Zawiozła mnie koleżanka z klasy, Linda,  ponieważ niestety nie mogę prowadzić… Wysadziła mnie pod domem, weszłam do środka. Mój brat zszedł na dół i patrzył się na mnie z grobową miną.
-O nie… - powiedziałam z przerażeniem w oczach.
-Przykro… - nie słuchałam co mówił dalej i szybko pobiegłam na górę.
W pokoju zobaczyłam obrazek sprzed kilku dni… Moja kochana, żółciutka Tweedy, martwa. Upadłam na kolana i zaczęłam płakać. Bobi i Jackob szybko się znaleźli obok mnie. Całą trójką zrobiliśmy, kolejną, trumnę i krzyż. Tym razem zamiast napisu Tuko, był napis Tweedy. Czynność powtórzyłam, wykopałam dół obok poprzedniej papużki, zakopałam ją, wbiłam krzyż w ziemię i położyłam kwiatuszka. Siedziałam tam z kilka godzin w towarzystwie Bobiego, Jackoba i nawet mojego brata. Siedzieliśmy tak sobie w milczeniu. Nawet na obiad nie poszłam, nie miałam ochoty jeść, w głowie kotłowały mi się pomysły jak pomścić te wszystkie krzywdy, które mi wyrządziły te popaprane kotołaki! No właśnie… Miałam iść do sąsiada i przeprowadzić wywiad. Szybko zerwałam się z miejsca i wyszłam przed moją furtkę. Spojrzałam w jego okno bezczelnie, zauważyłam, że jest w pokoju. Przeszłam przez ulicę, weszłam na jego ogródek i uwiesiłam się na dzwonku. Tak długo aż mi nie otworzy. Po chwili mnie wpuścił. Rozsiadłam się wygodnie w salonie, byłam pewna siebie jak jeszcze nigdy, on usiadł naprzeciwko mnie, na fotelu i patrzeliśmy tylko na siebie. Czułam, że to jest moja chwila, że to właśnie moje pięć minut. Nie miałam zamiaru ich marnować.

środa, 16 maja 2012

Rozdział IX


W drzwiach stała kobieta, wyglądała na miłą. Zaprosiła mnie gestem do środka, przez cały czas milczała. Drogę do sali oświetlały tylko świeczki, przez co na korytarzu panował półmrok, to miejsce wyglądało na straszniejsze niż jak myślałam. W końcu dotarłyśmy do dużej komnaty, tam byłyśmy tylko ja, ta kobieta i jeszcze jedna, ona już nie wyglądała tak przyjemnie. Wszystko było urządzone właśnie dla trzech osób.
-Wiedziałam, że przyjdziesz. – odparła ta mniej przyjemna. – ściągnij kurtkę i siadaj. – wskazała na krzesło naprzeciwko jej.
Kurtkę odwiesiłam na wieszak, wzięłam głęboki oddech i usiadłam na tym krześle. W komnacie też panował półmrok, czułam się jakbym miała zaraz uczestniczyć w jakieś czarnej mszy, czy coś w tym stylu. Milczałyśmy, moje serce biło szybko, bardzo się stresowałam. Ta milsza musiała to wyczuć bo na mnie spojrzała, i uśmiechnęła się.
-Ja jestem Sophie, – odparła kobieta, która wpuszczała mnie do środka – a to jest Susane.
-Miło mi – zaczęłam – jestem Roxana.
-Córka Samanthy. Wiemy.
-Znacie moją mamę? – odparłam zdziwiona.
One wymieniły się tylko spojrzeniem.
-Właśnie dlatego chciałyśmy żebyś tu przyszła. – mówiła Sophie – Znałyśmy ją, bardzo dobrze…
-Wiecie co się z nią stało?
-Tak… Wiemy… - przeciągała każde słowo Susane.
-No to co się stało?
Kobiety przez cały czas milczały i tylko spoglądały na mnie, a raz na siebie.
-No proszę was bądźcie poważne… - zaczęłam – Przyszłam tu, bo taki był wasz plan, a teraz będziemy sobie milczeć do 3 w nocy, i powiecie mi że już musimy kończyć następnym razem mi wszystko powiecie?
-Dobrze… Już ci powiemy, ale to nie jest łatwe – odparła Susane.
-Mówicie to dziewczynie, która jest bliżej spokrewniona z tą osobą… I komu tu jest ciężej?
-To była nasza przyjaciółka – powiedziała nie miło kobieta.
-A moja matka! Kto wygrał licytacje? Chyba jednogłośnie odpowiemy, że jednak ja…
Susane wyszła z sali, Sophie odprowadziła ją wzrokiem aż do drzwi. Po chwili zapytała:
-Czyli chcesz się dowiedzieć co się stało z Twoją mamą?
-Nie w dupie to mam… Przyszłam tu dla atrakcji… A jak pani myśli? – nie wiem co we mnie trafiło, nie kontrolowałam zupełnie nad tym co mówię.
-Ale bez nerwów… Twoja mama żyje i ma się dobrze.
-A od rodziny odizolowała się bo miała taki kaprys. – odpowiedziałam z lekką nutą sarkazmu.
-Niekoniecznie.
-Takiej odpowiedzi się spodziewałam.
W tym momencie do sali wróciła Susane, w ręce trzymała szklankę z wodą.
-Więc zrobiła to dlatego, żeby Was bronić – kontynuowała Sophie – wasze życie było zagrożone, przez… - urwała i spojrzała na Susane.
-Wierz nam lub nie, ale przez kotołaki. No wiesz… Takie dziwne istoty, pół ludzie, pół koty. Agresywne i to bardzo. Twoją matkę postawili w sytuacji bez wyjścia. Albo wzięli ją do siebie, coś jak zakładniczkę, albo porwą jej dzieci. Jedynym wyjściem z takowej sytuacji jest to, że ty ją uratujesz. Słyszałyśmy już, że szykują atak na twoją rodzinę, więc strzeż ich jak oka w głowie. My jesteśmy tylko od przekazania ci informacji, nie pomożemy Tobie ich pokonać, bo nie możemy. Musisz sama dojść do wszystkiego.
Powiedziała to wszystko prawie, że na jednym wdechu.
-Już zagroziły mojej rodzinie. – odparłam.
-Ktoś ucierpiał? – zapytała z troską Sophie.
-Tak. Mój brat i papużka. Jedno z nich wylizuje się z dość poważnych ran, a drugie leży głęboko pod ziemią w ogródku.
-Mam nadzieję, że to twoja papuga leży pod ziemią – powiedziała Sophie
-Powiem, że mamy miano dziwnej rodziny, ale jeszcze nie popierdolonej.
-Zapewne… Ale teraz musisz iść do domu, pilnować wszystkich. Porozmyślać o wszystkich, może i nawet się wyspać. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to my się postaramy ci jakoś pomóc, ale nie obiecuje Ci niczego. – powiedziała Susane
-Mam jeszcze jedno pytanie… Czy znacie więcej osób, które miało kontakt z kotołakami?
-Znalazło by się wielu.
-Okej, dziękuje… Do zobaczenia.
Wstałam, ściągnęłam moją kurtkę z wieszaka i wyszłam. Szłam sobie tak ulicą, miałam mętlik w głowie. Nie miałam pewności czy zobaczę kiedykolwiek moją mamę, ale w sumie po co one miały kłamać? Co mi szkodzi? Może jednak warto zaryzykować. Jeśli jest chociaż minimalna szansa, że zobaczę mamę, to z niej skorzystam! Więc teraz warto by było, zrobić coś w tym kierunku. Tylko co? Wiele pytań, mało odpowiedzi… Ale chwilunia… Miałam nagranie, miałam zdjęcia tego czegoś… Mało miałam, ale jednak coś. Następnym razem ja tak łatwo się nie poddam. Trzeba zebrać wszystkie fakty. Zawsze, po odwiedzinach, kotołaka mam otwarte okno. Nie zawsze, ale zazwyczaj za oknem widzę mojego sexy sąsiada. A jeśli, on jest wmieszany w cały ten chory teatrzyk?
-Do dupy… - powiedziałam do siebie.
Stałam już pod moim domem. Z łatwością wdrapałam się na drzewo, no wiecie… Od wielu lat to trenuje. Na gałąź, a z gałęzi już do mojego pokoju. Na łóżku zobaczyłam jak moja najlepsza przyjaciółka słodko śpi z moim braciszkiem. Sama słodycz, aż miałam ochotę ich schrupać. Weszłam do swojej łazienki, pokręciłam się w kółko, nie wiedziałam za co mam się zabrać… Po kilku minutach kręcenia się bez celu, usiadłam na parapecie i patrzyłam się w okno od pokoju mojego sąsiada. W końcu zobaczyłam jak wychodzi z domu. Był głównym podejrzanym, i jedynym, więc postanowiłam go śledzić. Z taką samą łatwością, z jaką przed chwilą wchodziłam, zeszłam po drzewie na dół. Z krzaków obserwowałam dokąd zmierza. Kiedy był już daleko, ale tak, że go widziałam, wyszłam z krzaków i ruszyłam powoli w jego kierunku. Zastanawiałam się gdzie on idzie o takiej godzinie. Może ma po prostu problemy z zaśnięciem i udał się na wieczorny spacerek, a ja po prostu dramatyzuje. Ale jednak jakiś dziwny głos w mojej głowie mówił, że to jednak nie bezsenność zmusiła go do spacerowania o tej godzinie. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mam ochotę szlajać się za jakimś gościem w środku nocy, wolałabym położyć się spać. Już od kilku nocy porządnie nie spałam… W tym momencie przez mój mózg przeszła myśl:
„A co jeśli to jest podstęp? On ma mnie wyprowadzić w pole, żeby po raz kolejny kotołak mógł dostać się do mojego domu i zrobić większy burdel w moim życiu…”
Całe moje ciało przeszedł dreszcz, i to raczej nie z zimna…
Tak się przejęłam całymi tymi moimi dziwnymi myślami, że nawet nie zauważyłam, że zostałam wyprowadzona gdzieś na jakieś zadupie, gdzie zapewne nawet nie ma zasięgu. Tak, zamiast przejmować się tym, że zaraz zza krzaka wyskoczy mi gwałciciel albo, co gorsza, kotołak który mnie poćwiartuje, to przejmuje się tym, że nie ma zasięgu. No dobrze, ale po cholerę ON chodzi w takie miejsca? I to sam… W środku nocy… Ja naprawdę nie wiem, co mam o nim myśleć. Mam kilka teorii na ten temat, ale lepiej żeby o żadnej się nie dowiedział. Pierwsza to taka, że jest gwałcicielem i już dawno zauważył, że za nim idę, a teraz tylko… Dobra nie ważne… A druga brzmi tak: mój sąsiad, w którym kocham się od dawna, dawna, bardzo dawna, jest kotołakiem, który porwał mi matkę, chce pozabijać moją rodzinę i bliskich. Ani pierwsza, ani druga mi się nie podoba… W pewnym momencie się zatrzymał, ja odruchowo też. Szybko wskoczyłam w krzaki i wszystko obserwowałam. Stał niespokojnie, rozglądał się, chyba kogoś szukał. W pewnym momencie wskoczył na drzewo, dam sobie rękę uciąć, że stał na ziemi, a sekundę potem go nie było! Wywróciłam się w krzakach, poczułam jak mi coś w kolanie strzyknęło. Nie było czasu na jakieś rozczulanie nad kolankiem, poboli, poboli i przestanie… No kiedyś musi przestać boleć, prawda? W pewnym momencie usłyszałam huk. Ale nie taki cichy huczek, tylko taki porządny, głośny huk. Jakby ktoś granatem o ziemię rzucił. Wyjrzałam zza krzaczka, i zobaczyłam jak leży na ziemi… Mój sąsiad oczywiście. Niezdarnie stara się podnieść. No to mogę wykluczyć fakt, że jest kotołakiem, bo nie spadł na cztery łapy. Niewiele myśląc, podbiegłam do niego.
-Co się stało? – starałam się utrzymać spokój w głosie.
-Rox.?! A ty tu co?
-A przyszłam sobie pojeździć na jednorożcach… Nie zadawaj głupich pytań, ok.? To teraz nie jest najważniejsze…
-Nie powinnaś tutaj być.
-Ale jestem i nic nie poradzisz, chodź pomogę Ci. Musimy stąd zmykać, i to szybko.
-Poradzę sobie.
-No właśnie widzę jak sobie radzisz! – krzyknęłam – chociaż raz w życiu daj sobie pomóc! Ile ty masz lat? Dalej 5, i myślisz, że jesteś jakimś posranym super-bohaterem, który nosi spodnie na rajtuzach i wszystko mu wolno, bo i tak nie zginie?!
-Po części…
-Dorośnij! – gotowało się we mnie ze złości.
Szybko podniosłam go z ziemi, i wlokłam go za sobą. Odruchowo odwróciłam się za siebie, zobaczyłam na drzewie, kontury jakieś dziwnej postaci. Jej oczy bardzo się błyszczały… Jedynie co mogłam z nich odczytać to to, że sprawia mu radość to co widzi. Jedyne o czym myślałam, to o tym żeby jak najszybciej znaleźć się w domu, wtulić się do podusi i o wszystkim po prostu zapomnieć. Niestety tak to nie działa, teraz nie mam czasu na jakieś rozczulanie. Miałam ochotę wyrwać sobie kolano, bo mi tylko przeszkadzało! Ból, ograniczał moje możliwości… Kiedy już znalazłam się dziwnym trafem w miejscu już normalnie zatłoczonym, budynki etc. Posadziłam go na ławce, wyglądał jak trup… Albo jeszcze gorzej. Rozwalony nos, cały zakrwawiony, blady i bezbronny. Dobrze, że go śledziłam. Niewiadomo jakby to się skończyło. Nagle ni stąd ni zowąd pojawił się Erik.
-Matko przenajświętsza! Rox., kogo jak kogo, ale Ciebie bym o to nie podejrzewał! – wykrzyczał.
-Bardzo zabawne, a teraz spoważniej, trzeba mu to – wskazałam na jego zakrwawioną twarz – doprowadzić do ładu i składu, a potem bezpiecznie przetransportować do domu. A ty – pokazałam palcem na Erika – mi w tym pomożesz, czy Ci się to kurde podoba czy nie!
-Lubię gdy dziewczyna mną rządzi.
-Stul pysk i załatw apteczkę – powiedziałam groźnie.
A on mi tylko zasalutował i gdzieś polazł. Podeszłam do mojego sąsiada.
-Jak masz na imię? – zaczęłam rozmowę niepewnie.
-Ja wiem jak Ty masz na imię, a ty nawet nie wiesz jak ja mam na imię? Pomagasz nieznajomemu?
-Bóg tak nakazał.
-Nie sądzę, że należysz do chrześcijanek, ale niech Ci będzie.
-To jak?
-Co jak?
-Masz na imię!
-Christopher.
-Ładnie…
-Jeśli starasz się mnie zagadać, żebym zapomniał o bólu, to powiem szczerze, kiepsko ci to idzie.
-Dziękuje za szczerość, cenię ją sobie w życiu.
W tym momencie znowu, znienacka zjawił się Erik, z apteczką.
-Nareszcie! – wykrzyknęłam z entuzjazmem.
Razem z Erikiem, zaczęliśmy przemywać, a potem opatrywać ranę. Nie powiem, że nie, wyszło nam to całkiem sprawnie. Byłam z nas dumna. W dwójkę wzięliśmy Christophera i zanieśliśmy do domu. Pod płotem czekałam aż wejdzie do swojego domu. Z tego wszystkiego nie zdążyłam zapytać co on tam robił i co się stało.
-Boli? – po chwili ciszy zapytał Erik.
-Co boli?
-Kolano.
No tak… Przecież mnie kolano bolało. Odruchowo spojrzałam na nie i zlękłam się. Całe spuchnięte i sine. Nieprzyjemny widoczek.
-W sumie… To tak trochę.
-Nie wygląda na takie żeby bolało „tak trochę”
-Jutro pójdę do lekarza i się wszystko okaże.
-Przed szkołą?
-Niech będzie, że i przed szkołą. – odparłam – a teraz pozwolisz, że pójdę spać, bo od kilku nocy nie śpię dobrze.
-Odprowadzić Cię do domu?
-Mieszkam po drugiej stronie poradzę sobie. – powiedziałam i ruszyłam w stronę domu.
Kiedy już przeszłam przez bramę, odwróciłam się tylko po to żeby zobaczyć co robi Erik. A on stał tam i gapił się jak cielak na malowane wrota! Stanęłam pod drzewem. Zerknęłam na kolano, potem znowu na drzewo i znowu na kolano.
-Raz kozie śmierć. – powiedziałam i wskoczyłam na nie.
W pokoju wszystkiego zaczęłam żałować… Po co mi to wszystko było? Mogłam siedzieć w domu, a teraz? Mam problem z kolanem, muszę przesłuchać sąsiada, a jeszcze trochę i zacznę się kolegować z Erikiem… No, ale to nie jest teraz najważniejsze… Położę się spać, a rano wszystko się okaże. Pójdę do lekarza, dowiem się co z kolanem – oby nic poważnego. Tylko tego by mi jeszcze brakowało. Gipsu i kul… No, ale dobrze. Na dzisiaj koniec z czarnymi scenariuszami. Poszłam do łazienki i tylko przebrałam się w piżamę, bo nie miałam siły na wzięcie prysznica. Rozścieliłam sobie śpiwór na podłodze, ustawiłam budzik i w nareszcie poszłam spać…