Ze snu wyrwał mnie budzik. Marg od razu skoczyła na nogi,
wyłączyła budzik i zaniosła mojego brata do jego pokoju. Kiedy wróciła
popatrzyła się na mnie dziwnie.
-Co? – zapytałam – mam jakąś narośl na pysku?
-Nie, nie… Myślałam, że Ciebie jeszcze nie ma.
-Jednak jestem – chciałam wstać, ale ból mnie powstrzymał – cholera!
-Co ci jest?
-Nic takiego. Umowa jest taka, ty idziesz do szkoły, dajesz tam komu trzeba zwolnienie, a ja po wizycie u chirurga przychodzę do szkoły.
-Tak jest!
W kolejności poszłyśmy się umyć. Potem ona przez drzewo wyszła na podwórko i pobiegła do szkoły żeby się nie spóźnić i zanieść pięknie podrobione zwolnienie z pierwszych lekcji. Ubrałam krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach, zapowiadali dzisiaj upały, a z racji tego, że rano jest zimno narzuciłam na siebie jakąś pierwszą lepszą bluzę. Zrobiłam sobie lekki, standardowy makijaż, zarzuciłam torbę z książkami na ramię i zeszłam, jeśli można tak to nazwać, na dół.
-Kiedy jedziesz do chirurga z Damienem? – zapytałam cioci
-Za chwilę idę go budzić, a czemu pytasz?
-Zabieram się z wami… Bo… Y… - musiałam coś wymyślić, przecież ciocia nie wiedziała, że wyszłam w nocy na dwór - Wczoraj jak zaliczałam skok w dal, to coś mi się stało z kolanem, i chciałabym żeby ktoś to zobaczył…
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś? – spojrzała na mnie karcąco.
-Bo myślałam, że przejdzie.
-No właśnie, myślałaś – westchnęła – ile razy mam ci tłumaczyć, że to nie jest najmocniejsza strona naszej rodziny! – uśmiechnęła się do mnie – idę po Damiena, i jedziemy.
-Dobrze.
Usiadłam sobie na kanapie i czekałam aż ciocia zejdzie z moim braciszkiem na dół. Długo sobie nie posiedziałam, mój brat w sumie to czuł już się super. Biegał, skakał tak jak dawniej, tylko mu blizny zostały i kilka ran, tylko te co kiedyś były najgłębsze. Jedziemy do lekarza, żeby powiedział kiedy może wrócić do szkoły, ale jedno mnie martwiło… Dalej był zamknięty w sobie, mam nadzieję, że jak wróci do swojego dawnego życia, to koledzy przywrócą jego dawne „ja”. Trudno mi w to uwierzyć, ale tęskniłam za nim.
-Idziemy – powiedziała ciocia.
Cała nasza trójka weszła do BMW, mojej cioci i ruszyliśmy do szpitala. Kiedy tylko weszłam do środka od razu wyczułam zapach smutku, strachu, cierpienia… Nienawidziłam szpitali, przytłaczała mnie bardzo tamta rzeczywistość. Usiedliśmy w poczekalni, ja pochłonęłam się w lekturze, którą miałam na dzisiaj przeczytać, a moja ciocia pilnowaniem braciszka. Już prawie kończyłam, kiedy wyszedł doktor i wypowiedział moje nazwisko. Oderwałam się od książki i spojrzałam na niego. Wysoki, umięśniony szatyn. Na samą myśl, że taki człowiek ma nastawiać kości miałam ochotę uciec stamtąd jak mała dziewczynka. Jednak pokonałam strach i razem z bratem weszłam do środka, ciocia wolała czekać przed. On zbadał mojego brata, ja stałam na środku jak wryta i śledziłam każdy jego ruch. Dokładnie przemył ostatki ran, zakleił takimi dużymi plastrami.
-Już w przyszłym tygodniu będzie mógł wrócić do szkoły.
-Świetnie – odparłam niepewnie…
-Coś jeszcze?
-Kolano – zrobił dziwny wyraz twarzy – moje kolano – dodałam i pokazałam na nie – boli.
Uśmiechnął się.
-Siadaj – powiedział – zobaczymy co Ci się stało.
Jak kazał tak też zrobiłam. On patrzył się na to kolano, tak jakby pierwszy raz widział to na oczy. Poklepał, postukał. Widać, że to był ciężki orzech do zgryzienia jak na jego rozumek.
-Będzie trzeba założyć stabilizator.
-Chodzić będę mogła normalnie? – zapytałam przerażona
-Będziesz mogła, ale dla ułatwienia możesz załatwić sobie kule – uśmiechnął się – poczekaj chwilę, zaraz ci go założę.
-Ok. – odparłam niepewnie.
Mój brat oglądał dyplomy, zabawki i inne duperele, które znajdowały się w tym gabinecie. Po kilku minutach pojawił się z powrotem, prawdopodobnie, trzymając stabilizator w rękach.
-No to do roboty – odparł i zabrał się do zakładania stabilizatora.
Wszystko mi wytłumaczył, co do czego służy, jak mam to ściągać, jak zakładać itd.
-Jeśli nie będziesz miała kuli daj znać, to wypożyczysz u nas.
-Dobrze… - wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi, ale przed nimi się zatrzymałam, odwróciłam do niego przodem – naklejka? – zapytałam.
-Dla brata?
-Nie dla mnie… W końcu pozwoliłam sobie założyć to homonto na nogę, chyba mi się należy – wybuchł śmiechem – Ale doktorze, ja tak na poważnie. – jego wyraz twarzy powiedział mi wszystko.
Pomimo tego wstał i wręczył mi naklejkę. Czułam się z siebie taka dumna, a raczej dzielna. Wyszłam z gabinetu i wszyscy ruszyliśmy w stronę samochodu.
-Mamy od kogo załatwić kule? – zapytałam
-Chyba moja koleżanka ma w domu… Można podjechać i zapytać się – ciocia się uśmiechnęła do mnie.
Ja już nic nie odpowiedziałam. Weszłam do samochodu, niewygodnie było mi z tym czymś, miałam ochotę to ściągnąć i wyrzucić do najbliższego śmietnika. Podjechaliśmy pod jakąś wypasioną willę, z samochodu spostrzegłam basen… No to bogato, bogato. Oby kule nie były wysadzane jakimiś diamentami lub coś w tym stylu.
-Wy tu poczekajcie, ja zaraz wrócę. – powiedziała ciocia i wyszła z samochodu.
Odprowadziłam ją wzrokiem do furtki.
-Jutro tato wraca – nagle odezwał się mój brat
-Już jutro?!
-Tak.
-No to nieźle… - odparłam
-O co chodzi?
-Nie było go przez jakiś czas, a my wyglądamy jak po wojnie. – zaczęliśmy się śmiać – Ej… Już miesiąc minął? – zdziwiłam się
-Nie, nie… Wraca wcześniej, bo coś tam, coś tam – uśmiechnął się do mnie.
Naszą konwersacje przerwała nam ciocia, która zapukała do szyby i pomachała mi kulami. Weszła do środka, kule położyła na siedzeniu obok siebie.
-Dziękuje – odparłam.
-Nie ma problemu.
-Damien w przyszłym tygodniu może wrócić do szkoły.
-Świetnie. Do szkoły mam cię zawieźć?
-Tak…
Resztę drogi przesiedzieliśmy w milczeniu. Kiedy dotarliśmy pod szkołę, wygramoliłam się z samochodu, potem wyjęłam kule. Spojrzałam na moją szkołę, i na schody, z którymi muszę się zmierzyć… Miałam ochotę się poddać, ale nie! Będę twarda, bo muszę. Wgramoliłam się jakoś do szkoły, i zaczęłam skakać przez długość korytarza aż do mojej szafki. Tak jak myślałam, pod nią spotkałam moje przyjaciółki.
-No to nieźle – powiedziała Marg. jak mnie tylko zobaczyła.
-Ciebie też miło widzieć – odparłam.
-Wiesz w ogóle, że mamy nową nauczycielkę od twojego ulubionego przedmiotu? – szybko zmieniła temat Elisabeth.
-Informatyki?
-Powiedzmy, że stwierdzenie „ulubiony przedmiot” to w stu procentach sarkazm.
-W-f?! – wykrzyknęłam.
-Tak jest. Podobno jakaś młoda i wymagająca.
-W końcu na coś mi się przydacie – zwróciłam się do kul i stabilizatora.
Dziewczyny wymieniły się tylko dziwnymi spojrzeniami i wybuchły śmiechem. Dobrą zabawę przewał nam głos Erika:
-Aż tak źle z nogą? – odwróciłam się do niego, wskazał mój stabilizator – z tą nogą…
-Tak wiem, o którą nogę Ci chodzi. I jak widać nie jest z nią najlepiej skoro mam to coś na nogach.
-„Poboli, poboli i przestanie” – powtórzył moje wczorajsze słowa drażniąc mnie tylko.
-Nie denerwuj mnie, bo mam kule i może ci się „niechcący” stać krzywda. I gdybym tylko mogła, to przy słowie „niechcący” zrobiłabym w powietrzu cudzysłowie, ale niestety ręce mam zajęte.
-Dobrze już nie będę, widać groźna się zrobiłaś. – odszedł od nas, ale po paru krokach odwrócił się i krzyknął – Nie ma za co!
Nie odpowiedziałam nic… Po Prostu zignorowałam.
-Okej, rozmawiasz z Erikiem, a on jeszcze odpowiedział „nie ma za co”, to znaczy, że ci jakoś pomógł. No… Rox., opowiadaj nie krępuj się – powiedziała zadziornie Marg.
-Nie ma o czym opowiadać ok.? Wczoraj spotkałam mojego sąsiada, siedział na przystanku z rozwalonym nosem, i nagle pojawił się Erik, pomógł mi go zanieść do domu i tyle. I chyba w tedy coś mi strzyknęło w nodze i wylądowałam w tym. Nie ma się czym chwalić.
-Pomaganie nie wychodzi Tobie na dobre.
-Bardzo zabawne Elis... – zadzwonił dzwonek – okej, to ja kuśtykam teraz na angielski, a wy tam na swoje lekcje. Pa.
Nawet nie poczekałam na odpowiedzieć, w podskokach, dosłownie, ruszyłam w stronę sali od angielskiego. Nikogo nie było na korytarzu, a co oznacza że wszyscy weszli do środka. Pociągnęłam za klamkę dokuśtykałam do środka i w tym momencie zapadła cisza. Wszyscy wlepiali we mnie wzrok.
-Przepraszam za spóźnienie, ale coś powoduje, że dziś jestem wolniejsza niż zazwyczaj – i pomachałam pani kulami.
-Dobrze, siadaj. – wskazała pustą ławkę – a teraz przejdziemy do dalszego tematu…
I właśnie w tym momencie wyłączyłam się z lekcji. Mój brat od przyszłego tygodnia wraca do szkoły, a jeśli coś mu się tam stanie? Nie mogę do tego dopuścić… I jeszcze mój tata jutro wraca, kolejna osoba do pilnowania. Na całe szczęście ciocia wyjeżdża, ona będzie bezpieczna. Aha, i jeszcze ta dziwna sprawa z moim sąsiadem… Muszę go porządnie przesłuchać, co on tam robił, dlaczego to się skończyło tak jak skończyło i w ogóle czy on ma jakiś związek ze zniknięciem mojej mamy? Jeśli tak, to przysięgam na wszystko, że powieszę go… W sumie to jest za ładny żeby tak podle umarł, ale coś wykombinuje. To już spokojna moja głowa, puszczę wodze fantazji. Swoją drogą to nie mam żadnych dowodów na to, że zrobił krzywdę mojej mamie lub, że jest kotołakiem. Nic na to nie wskazuje, ale jednak coś tam robił, miał jakiś cel w tym wszystkim. Do dupy! Za dużo niewiadomych jak na mój rozumek! Zostałam w tym wszystkim sama… Za dużo na mojej głowie, przydałaby mi się bliźniaczka, klon, cokolwiek lub ktokolwiek. Może Sophie mi pomoże? To wcale nie jest głupi pomysł… Muszę się z nią jakoś skontaktować i poproszę ją o pilnowanie mojego brata. No to jeden problem mam już z głowy. Christophera przesłucham, mam nadzieję, że wszystko mi opowie. Jeśli tak to będę wiedziała na czym stoję, jeśli nie – będę miała kolejny kłopot na głowie. Jedynie co mi teraz zostaje to pilnowanie taty i odnalezienie siedziby czy czego tam tych popapranych kotołaków.
-Prawda Roxano? – rozległ się w klasie głos nauczycielki
-Zgadzam się z panią w stu procentach.
-Skąd w Tobie taka ufność do moich słów.
-Może stąd, że Pani jest nauczycielką, i nie powinna Pani kłamać, bo jeśli Pani skłamie to cała klasa będzie źle nauczona, i nie poradzi sobie później na maturach etc. Więc bezgranicznie ufam w to co Pani powiedziała.
-Właśnie potwierdziłaś, że nie Anglią rządzi prezydent.
-Zapamiętam te słowa i napisze tak na sprawdzianie, a jeśli pani wstawi mi zero punktów, to powiem, że to są Pani słowa, a na świadków mam całą klasę.
-Bardzo sprytnie… Nie powiem, że nie. Zaczynasz mi się podobać.
-Gustuję w płci przeciwnej.
-Zapewne… - zrobiła teatralną przerwę – Teraz przechodzimy dalej do lekcji…
W końcu się ode mnie odwaliła… Teraz mogę myśleć dalej. Skoro mój tato dzisiaj przyjeżdża, to ja muszę udawać, że nic takiego się nie stało i wszystko jest ok… Po za kolanem i bliznami Damiena. I śmiercią Tuko… Wszystko gra, jest okej… Właśnie, Tweedy zbliża się powoli do śmierci, już nie chce jeść ani pić. Nawet z miejsca się nie rusza. Będę za nią tęsknić, naprawdę. Przywiązałam się do nich wszystkich. Całe moje ZOO jest niepowtarzalne i już nie dam nikogo skrzywdzić! Nigdy. Już mam w sobie wystarczająco dużo złości i zawzięcia, jestem już prawie niezniszczalna… No prawie, bo jak widać na załączonym obrazku mam nogę w stabilizatorze, a u boku dwie laski. Tak mi minął cały dzień w szkole, na przerwach sranie w banie, czy mnie to boli i w ogóle, na lekcjach w ogóle w innym świecie. Na całe szczęście nadszedł czas aby powrócić do domu. Zawiozła mnie koleżanka z klasy, Linda, ponieważ niestety nie mogę prowadzić… Wysadziła mnie pod domem, weszłam do środka. Mój brat zszedł na dół i patrzył się na mnie z grobową miną.
-O nie… - powiedziałam z przerażeniem w oczach.
-Przykro… - nie słuchałam co mówił dalej i szybko pobiegłam na górę.
W pokoju zobaczyłam obrazek sprzed kilku dni… Moja kochana, żółciutka Tweedy, martwa. Upadłam na kolana i zaczęłam płakać. Bobi i Jackob szybko się znaleźli obok mnie. Całą trójką zrobiliśmy, kolejną, trumnę i krzyż. Tym razem zamiast napisu Tuko, był napis Tweedy. Czynność powtórzyłam, wykopałam dół obok poprzedniej papużki, zakopałam ją, wbiłam krzyż w ziemię i położyłam kwiatuszka. Siedziałam tam z kilka godzin w towarzystwie Bobiego, Jackoba i nawet mojego brata. Siedzieliśmy tak sobie w milczeniu. Nawet na obiad nie poszłam, nie miałam ochoty jeść, w głowie kotłowały mi się pomysły jak pomścić te wszystkie krzywdy, które mi wyrządziły te popaprane kotołaki! No właśnie… Miałam iść do sąsiada i przeprowadzić wywiad. Szybko zerwałam się z miejsca i wyszłam przed moją furtkę. Spojrzałam w jego okno bezczelnie, zauważyłam, że jest w pokoju. Przeszłam przez ulicę, weszłam na jego ogródek i uwiesiłam się na dzwonku. Tak długo aż mi nie otworzy. Po chwili mnie wpuścił. Rozsiadłam się wygodnie w salonie, byłam pewna siebie jak jeszcze nigdy, on usiadł naprzeciwko mnie, na fotelu i patrzeliśmy tylko na siebie. Czułam, że to jest moja chwila, że to właśnie moje pięć minut. Nie miałam zamiaru ich marnować.
-Co? – zapytałam – mam jakąś narośl na pysku?
-Nie, nie… Myślałam, że Ciebie jeszcze nie ma.
-Jednak jestem – chciałam wstać, ale ból mnie powstrzymał – cholera!
-Co ci jest?
-Nic takiego. Umowa jest taka, ty idziesz do szkoły, dajesz tam komu trzeba zwolnienie, a ja po wizycie u chirurga przychodzę do szkoły.
-Tak jest!
W kolejności poszłyśmy się umyć. Potem ona przez drzewo wyszła na podwórko i pobiegła do szkoły żeby się nie spóźnić i zanieść pięknie podrobione zwolnienie z pierwszych lekcji. Ubrałam krótkie spodenki i bluzkę na ramiączkach, zapowiadali dzisiaj upały, a z racji tego, że rano jest zimno narzuciłam na siebie jakąś pierwszą lepszą bluzę. Zrobiłam sobie lekki, standardowy makijaż, zarzuciłam torbę z książkami na ramię i zeszłam, jeśli można tak to nazwać, na dół.
-Kiedy jedziesz do chirurga z Damienem? – zapytałam cioci
-Za chwilę idę go budzić, a czemu pytasz?
-Zabieram się z wami… Bo… Y… - musiałam coś wymyślić, przecież ciocia nie wiedziała, że wyszłam w nocy na dwór - Wczoraj jak zaliczałam skok w dal, to coś mi się stało z kolanem, i chciałabym żeby ktoś to zobaczył…
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś? – spojrzała na mnie karcąco.
-Bo myślałam, że przejdzie.
-No właśnie, myślałaś – westchnęła – ile razy mam ci tłumaczyć, że to nie jest najmocniejsza strona naszej rodziny! – uśmiechnęła się do mnie – idę po Damiena, i jedziemy.
-Dobrze.
Usiadłam sobie na kanapie i czekałam aż ciocia zejdzie z moim braciszkiem na dół. Długo sobie nie posiedziałam, mój brat w sumie to czuł już się super. Biegał, skakał tak jak dawniej, tylko mu blizny zostały i kilka ran, tylko te co kiedyś były najgłębsze. Jedziemy do lekarza, żeby powiedział kiedy może wrócić do szkoły, ale jedno mnie martwiło… Dalej był zamknięty w sobie, mam nadzieję, że jak wróci do swojego dawnego życia, to koledzy przywrócą jego dawne „ja”. Trudno mi w to uwierzyć, ale tęskniłam za nim.
-Idziemy – powiedziała ciocia.
Cała nasza trójka weszła do BMW, mojej cioci i ruszyliśmy do szpitala. Kiedy tylko weszłam do środka od razu wyczułam zapach smutku, strachu, cierpienia… Nienawidziłam szpitali, przytłaczała mnie bardzo tamta rzeczywistość. Usiedliśmy w poczekalni, ja pochłonęłam się w lekturze, którą miałam na dzisiaj przeczytać, a moja ciocia pilnowaniem braciszka. Już prawie kończyłam, kiedy wyszedł doktor i wypowiedział moje nazwisko. Oderwałam się od książki i spojrzałam na niego. Wysoki, umięśniony szatyn. Na samą myśl, że taki człowiek ma nastawiać kości miałam ochotę uciec stamtąd jak mała dziewczynka. Jednak pokonałam strach i razem z bratem weszłam do środka, ciocia wolała czekać przed. On zbadał mojego brata, ja stałam na środku jak wryta i śledziłam każdy jego ruch. Dokładnie przemył ostatki ran, zakleił takimi dużymi plastrami.
-Już w przyszłym tygodniu będzie mógł wrócić do szkoły.
-Świetnie – odparłam niepewnie…
-Coś jeszcze?
-Kolano – zrobił dziwny wyraz twarzy – moje kolano – dodałam i pokazałam na nie – boli.
Uśmiechnął się.
-Siadaj – powiedział – zobaczymy co Ci się stało.
Jak kazał tak też zrobiłam. On patrzył się na to kolano, tak jakby pierwszy raz widział to na oczy. Poklepał, postukał. Widać, że to był ciężki orzech do zgryzienia jak na jego rozumek.
-Będzie trzeba założyć stabilizator.
-Chodzić będę mogła normalnie? – zapytałam przerażona
-Będziesz mogła, ale dla ułatwienia możesz załatwić sobie kule – uśmiechnął się – poczekaj chwilę, zaraz ci go założę.
-Ok. – odparłam niepewnie.
Mój brat oglądał dyplomy, zabawki i inne duperele, które znajdowały się w tym gabinecie. Po kilku minutach pojawił się z powrotem, prawdopodobnie, trzymając stabilizator w rękach.
-No to do roboty – odparł i zabrał się do zakładania stabilizatora.
Wszystko mi wytłumaczył, co do czego służy, jak mam to ściągać, jak zakładać itd.
-Jeśli nie będziesz miała kuli daj znać, to wypożyczysz u nas.
-Dobrze… - wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi, ale przed nimi się zatrzymałam, odwróciłam do niego przodem – naklejka? – zapytałam.
-Dla brata?
-Nie dla mnie… W końcu pozwoliłam sobie założyć to homonto na nogę, chyba mi się należy – wybuchł śmiechem – Ale doktorze, ja tak na poważnie. – jego wyraz twarzy powiedział mi wszystko.
Pomimo tego wstał i wręczył mi naklejkę. Czułam się z siebie taka dumna, a raczej dzielna. Wyszłam z gabinetu i wszyscy ruszyliśmy w stronę samochodu.
-Mamy od kogo załatwić kule? – zapytałam
-Chyba moja koleżanka ma w domu… Można podjechać i zapytać się – ciocia się uśmiechnęła do mnie.
Ja już nic nie odpowiedziałam. Weszłam do samochodu, niewygodnie było mi z tym czymś, miałam ochotę to ściągnąć i wyrzucić do najbliższego śmietnika. Podjechaliśmy pod jakąś wypasioną willę, z samochodu spostrzegłam basen… No to bogato, bogato. Oby kule nie były wysadzane jakimiś diamentami lub coś w tym stylu.
-Wy tu poczekajcie, ja zaraz wrócę. – powiedziała ciocia i wyszła z samochodu.
Odprowadziłam ją wzrokiem do furtki.
-Jutro tato wraca – nagle odezwał się mój brat
-Już jutro?!
-Tak.
-No to nieźle… - odparłam
-O co chodzi?
-Nie było go przez jakiś czas, a my wyglądamy jak po wojnie. – zaczęliśmy się śmiać – Ej… Już miesiąc minął? – zdziwiłam się
-Nie, nie… Wraca wcześniej, bo coś tam, coś tam – uśmiechnął się do mnie.
Naszą konwersacje przerwała nam ciocia, która zapukała do szyby i pomachała mi kulami. Weszła do środka, kule położyła na siedzeniu obok siebie.
-Dziękuje – odparłam.
-Nie ma problemu.
-Damien w przyszłym tygodniu może wrócić do szkoły.
-Świetnie. Do szkoły mam cię zawieźć?
-Tak…
Resztę drogi przesiedzieliśmy w milczeniu. Kiedy dotarliśmy pod szkołę, wygramoliłam się z samochodu, potem wyjęłam kule. Spojrzałam na moją szkołę, i na schody, z którymi muszę się zmierzyć… Miałam ochotę się poddać, ale nie! Będę twarda, bo muszę. Wgramoliłam się jakoś do szkoły, i zaczęłam skakać przez długość korytarza aż do mojej szafki. Tak jak myślałam, pod nią spotkałam moje przyjaciółki.
-No to nieźle – powiedziała Marg. jak mnie tylko zobaczyła.
-Ciebie też miło widzieć – odparłam.
-Wiesz w ogóle, że mamy nową nauczycielkę od twojego ulubionego przedmiotu? – szybko zmieniła temat Elisabeth.
-Informatyki?
-Powiedzmy, że stwierdzenie „ulubiony przedmiot” to w stu procentach sarkazm.
-W-f?! – wykrzyknęłam.
-Tak jest. Podobno jakaś młoda i wymagająca.
-W końcu na coś mi się przydacie – zwróciłam się do kul i stabilizatora.
Dziewczyny wymieniły się tylko dziwnymi spojrzeniami i wybuchły śmiechem. Dobrą zabawę przewał nam głos Erika:
-Aż tak źle z nogą? – odwróciłam się do niego, wskazał mój stabilizator – z tą nogą…
-Tak wiem, o którą nogę Ci chodzi. I jak widać nie jest z nią najlepiej skoro mam to coś na nogach.
-„Poboli, poboli i przestanie” – powtórzył moje wczorajsze słowa drażniąc mnie tylko.
-Nie denerwuj mnie, bo mam kule i może ci się „niechcący” stać krzywda. I gdybym tylko mogła, to przy słowie „niechcący” zrobiłabym w powietrzu cudzysłowie, ale niestety ręce mam zajęte.
-Dobrze już nie będę, widać groźna się zrobiłaś. – odszedł od nas, ale po paru krokach odwrócił się i krzyknął – Nie ma za co!
Nie odpowiedziałam nic… Po Prostu zignorowałam.
-Okej, rozmawiasz z Erikiem, a on jeszcze odpowiedział „nie ma za co”, to znaczy, że ci jakoś pomógł. No… Rox., opowiadaj nie krępuj się – powiedziała zadziornie Marg.
-Nie ma o czym opowiadać ok.? Wczoraj spotkałam mojego sąsiada, siedział na przystanku z rozwalonym nosem, i nagle pojawił się Erik, pomógł mi go zanieść do domu i tyle. I chyba w tedy coś mi strzyknęło w nodze i wylądowałam w tym. Nie ma się czym chwalić.
-Pomaganie nie wychodzi Tobie na dobre.
-Bardzo zabawne Elis... – zadzwonił dzwonek – okej, to ja kuśtykam teraz na angielski, a wy tam na swoje lekcje. Pa.
Nawet nie poczekałam na odpowiedzieć, w podskokach, dosłownie, ruszyłam w stronę sali od angielskiego. Nikogo nie było na korytarzu, a co oznacza że wszyscy weszli do środka. Pociągnęłam za klamkę dokuśtykałam do środka i w tym momencie zapadła cisza. Wszyscy wlepiali we mnie wzrok.
-Przepraszam za spóźnienie, ale coś powoduje, że dziś jestem wolniejsza niż zazwyczaj – i pomachałam pani kulami.
-Dobrze, siadaj. – wskazała pustą ławkę – a teraz przejdziemy do dalszego tematu…
I właśnie w tym momencie wyłączyłam się z lekcji. Mój brat od przyszłego tygodnia wraca do szkoły, a jeśli coś mu się tam stanie? Nie mogę do tego dopuścić… I jeszcze mój tata jutro wraca, kolejna osoba do pilnowania. Na całe szczęście ciocia wyjeżdża, ona będzie bezpieczna. Aha, i jeszcze ta dziwna sprawa z moim sąsiadem… Muszę go porządnie przesłuchać, co on tam robił, dlaczego to się skończyło tak jak skończyło i w ogóle czy on ma jakiś związek ze zniknięciem mojej mamy? Jeśli tak, to przysięgam na wszystko, że powieszę go… W sumie to jest za ładny żeby tak podle umarł, ale coś wykombinuje. To już spokojna moja głowa, puszczę wodze fantazji. Swoją drogą to nie mam żadnych dowodów na to, że zrobił krzywdę mojej mamie lub, że jest kotołakiem. Nic na to nie wskazuje, ale jednak coś tam robił, miał jakiś cel w tym wszystkim. Do dupy! Za dużo niewiadomych jak na mój rozumek! Zostałam w tym wszystkim sama… Za dużo na mojej głowie, przydałaby mi się bliźniaczka, klon, cokolwiek lub ktokolwiek. Może Sophie mi pomoże? To wcale nie jest głupi pomysł… Muszę się z nią jakoś skontaktować i poproszę ją o pilnowanie mojego brata. No to jeden problem mam już z głowy. Christophera przesłucham, mam nadzieję, że wszystko mi opowie. Jeśli tak to będę wiedziała na czym stoję, jeśli nie – będę miała kolejny kłopot na głowie. Jedynie co mi teraz zostaje to pilnowanie taty i odnalezienie siedziby czy czego tam tych popapranych kotołaków.
-Prawda Roxano? – rozległ się w klasie głos nauczycielki
-Zgadzam się z panią w stu procentach.
-Skąd w Tobie taka ufność do moich słów.
-Może stąd, że Pani jest nauczycielką, i nie powinna Pani kłamać, bo jeśli Pani skłamie to cała klasa będzie źle nauczona, i nie poradzi sobie później na maturach etc. Więc bezgranicznie ufam w to co Pani powiedziała.
-Właśnie potwierdziłaś, że nie Anglią rządzi prezydent.
-Zapamiętam te słowa i napisze tak na sprawdzianie, a jeśli pani wstawi mi zero punktów, to powiem, że to są Pani słowa, a na świadków mam całą klasę.
-Bardzo sprytnie… Nie powiem, że nie. Zaczynasz mi się podobać.
-Gustuję w płci przeciwnej.
-Zapewne… - zrobiła teatralną przerwę – Teraz przechodzimy dalej do lekcji…
W końcu się ode mnie odwaliła… Teraz mogę myśleć dalej. Skoro mój tato dzisiaj przyjeżdża, to ja muszę udawać, że nic takiego się nie stało i wszystko jest ok… Po za kolanem i bliznami Damiena. I śmiercią Tuko… Wszystko gra, jest okej… Właśnie, Tweedy zbliża się powoli do śmierci, już nie chce jeść ani pić. Nawet z miejsca się nie rusza. Będę za nią tęsknić, naprawdę. Przywiązałam się do nich wszystkich. Całe moje ZOO jest niepowtarzalne i już nie dam nikogo skrzywdzić! Nigdy. Już mam w sobie wystarczająco dużo złości i zawzięcia, jestem już prawie niezniszczalna… No prawie, bo jak widać na załączonym obrazku mam nogę w stabilizatorze, a u boku dwie laski. Tak mi minął cały dzień w szkole, na przerwach sranie w banie, czy mnie to boli i w ogóle, na lekcjach w ogóle w innym świecie. Na całe szczęście nadszedł czas aby powrócić do domu. Zawiozła mnie koleżanka z klasy, Linda, ponieważ niestety nie mogę prowadzić… Wysadziła mnie pod domem, weszłam do środka. Mój brat zszedł na dół i patrzył się na mnie z grobową miną.
-O nie… - powiedziałam z przerażeniem w oczach.
-Przykro… - nie słuchałam co mówił dalej i szybko pobiegłam na górę.
W pokoju zobaczyłam obrazek sprzed kilku dni… Moja kochana, żółciutka Tweedy, martwa. Upadłam na kolana i zaczęłam płakać. Bobi i Jackob szybko się znaleźli obok mnie. Całą trójką zrobiliśmy, kolejną, trumnę i krzyż. Tym razem zamiast napisu Tuko, był napis Tweedy. Czynność powtórzyłam, wykopałam dół obok poprzedniej papużki, zakopałam ją, wbiłam krzyż w ziemię i położyłam kwiatuszka. Siedziałam tam z kilka godzin w towarzystwie Bobiego, Jackoba i nawet mojego brata. Siedzieliśmy tak sobie w milczeniu. Nawet na obiad nie poszłam, nie miałam ochoty jeść, w głowie kotłowały mi się pomysły jak pomścić te wszystkie krzywdy, które mi wyrządziły te popaprane kotołaki! No właśnie… Miałam iść do sąsiada i przeprowadzić wywiad. Szybko zerwałam się z miejsca i wyszłam przed moją furtkę. Spojrzałam w jego okno bezczelnie, zauważyłam, że jest w pokoju. Przeszłam przez ulicę, weszłam na jego ogródek i uwiesiłam się na dzwonku. Tak długo aż mi nie otworzy. Po chwili mnie wpuścił. Rozsiadłam się wygodnie w salonie, byłam pewna siebie jak jeszcze nigdy, on usiadł naprzeciwko mnie, na fotelu i patrzeliśmy tylko na siebie. Czułam, że to jest moja chwila, że to właśnie moje pięć minut. Nie miałam zamiaru ich marnować.