W drzwiach stała kobieta, wyglądała na miłą. Zaprosiła mnie
gestem do środka, przez cały czas milczała. Drogę do sali oświetlały tylko
świeczki, przez co na korytarzu panował półmrok, to miejsce wyglądało na
straszniejsze niż jak myślałam. W końcu dotarłyśmy do dużej komnaty, tam
byłyśmy tylko ja, ta kobieta i jeszcze jedna, ona już nie wyglądała tak
przyjemnie. Wszystko było urządzone właśnie dla trzech osób.
-Wiedziałam, że przyjdziesz. – odparła ta mniej przyjemna. – ściągnij kurtkę i siadaj. – wskazała na krzesło naprzeciwko jej.
Kurtkę odwiesiłam na wieszak, wzięłam głęboki oddech i usiadłam na tym krześle. W komnacie też panował półmrok, czułam się jakbym miała zaraz uczestniczyć w jakieś czarnej mszy, czy coś w tym stylu. Milczałyśmy, moje serce biło szybko, bardzo się stresowałam. Ta milsza musiała to wyczuć bo na mnie spojrzała, i uśmiechnęła się.
-Ja jestem Sophie, – odparła kobieta, która wpuszczała mnie do środka – a to jest Susane.
-Miło mi – zaczęłam – jestem Roxana.
-Córka Samanthy. Wiemy.
-Znacie moją mamę? – odparłam zdziwiona.
One wymieniły się tylko spojrzeniem.
-Właśnie dlatego chciałyśmy żebyś tu przyszła. – mówiła Sophie – Znałyśmy ją, bardzo dobrze…
-Wiecie co się z nią stało?
-Tak… Wiemy… - przeciągała każde słowo Susane.
-No to co się stało?
Kobiety przez cały czas milczały i tylko spoglądały na mnie, a raz na siebie.
-No proszę was bądźcie poważne… - zaczęłam – Przyszłam tu, bo taki był wasz plan, a teraz będziemy sobie milczeć do 3 w nocy, i powiecie mi że już musimy kończyć następnym razem mi wszystko powiecie?
-Dobrze… Już ci powiemy, ale to nie jest łatwe – odparła Susane.
-Mówicie to dziewczynie, która jest bliżej spokrewniona z tą osobą… I komu tu jest ciężej?
-To była nasza przyjaciółka – powiedziała nie miło kobieta.
-A moja matka! Kto wygrał licytacje? Chyba jednogłośnie odpowiemy, że jednak ja…
Susane wyszła z sali, Sophie odprowadziła ją wzrokiem aż do drzwi. Po chwili zapytała:
-Czyli chcesz się dowiedzieć co się stało z Twoją mamą?
-Nie w dupie to mam… Przyszłam tu dla atrakcji… A jak pani myśli? – nie wiem co we mnie trafiło, nie kontrolowałam zupełnie nad tym co mówię.
-Ale bez nerwów… Twoja mama żyje i ma się dobrze.
-A od rodziny odizolowała się bo miała taki kaprys. – odpowiedziałam z lekką nutą sarkazmu.
-Niekoniecznie.
-Takiej odpowiedzi się spodziewałam.
W tym momencie do sali wróciła Susane, w ręce trzymała szklankę z wodą.
-Więc zrobiła to dlatego, żeby Was bronić – kontynuowała Sophie – wasze życie było zagrożone, przez… - urwała i spojrzała na Susane.
-Wierz nam lub nie, ale przez kotołaki. No wiesz… Takie dziwne istoty, pół ludzie, pół koty. Agresywne i to bardzo. Twoją matkę postawili w sytuacji bez wyjścia. Albo wzięli ją do siebie, coś jak zakładniczkę, albo porwą jej dzieci. Jedynym wyjściem z takowej sytuacji jest to, że ty ją uratujesz. Słyszałyśmy już, że szykują atak na twoją rodzinę, więc strzeż ich jak oka w głowie. My jesteśmy tylko od przekazania ci informacji, nie pomożemy Tobie ich pokonać, bo nie możemy. Musisz sama dojść do wszystkiego.
Powiedziała to wszystko prawie, że na jednym wdechu.
-Już zagroziły mojej rodzinie. – odparłam.
-Ktoś ucierpiał? – zapytała z troską Sophie.
-Tak. Mój brat i papużka. Jedno z nich wylizuje się z dość poważnych ran, a drugie leży głęboko pod ziemią w ogródku.
-Mam nadzieję, że to twoja papuga leży pod ziemią – powiedziała Sophie
-Powiem, że mamy miano dziwnej rodziny, ale jeszcze nie popierdolonej.
-Zapewne… Ale teraz musisz iść do domu, pilnować wszystkich. Porozmyślać o wszystkich, może i nawet się wyspać. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to my się postaramy ci jakoś pomóc, ale nie obiecuje Ci niczego. – powiedziała Susane
-Mam jeszcze jedno pytanie… Czy znacie więcej osób, które miało kontakt z kotołakami?
-Znalazło by się wielu.
-Okej, dziękuje… Do zobaczenia.
Wstałam, ściągnęłam moją kurtkę z wieszaka i wyszłam. Szłam sobie tak ulicą, miałam mętlik w głowie. Nie miałam pewności czy zobaczę kiedykolwiek moją mamę, ale w sumie po co one miały kłamać? Co mi szkodzi? Może jednak warto zaryzykować. Jeśli jest chociaż minimalna szansa, że zobaczę mamę, to z niej skorzystam! Więc teraz warto by było, zrobić coś w tym kierunku. Tylko co? Wiele pytań, mało odpowiedzi… Ale chwilunia… Miałam nagranie, miałam zdjęcia tego czegoś… Mało miałam, ale jednak coś. Następnym razem ja tak łatwo się nie poddam. Trzeba zebrać wszystkie fakty. Zawsze, po odwiedzinach, kotołaka mam otwarte okno. Nie zawsze, ale zazwyczaj za oknem widzę mojego sexy sąsiada. A jeśli, on jest wmieszany w cały ten chory teatrzyk?
-Do dupy… - powiedziałam do siebie.
Stałam już pod moim domem. Z łatwością wdrapałam się na drzewo, no wiecie… Od wielu lat to trenuje. Na gałąź, a z gałęzi już do mojego pokoju. Na łóżku zobaczyłam jak moja najlepsza przyjaciółka słodko śpi z moim braciszkiem. Sama słodycz, aż miałam ochotę ich schrupać. Weszłam do swojej łazienki, pokręciłam się w kółko, nie wiedziałam za co mam się zabrać… Po kilku minutach kręcenia się bez celu, usiadłam na parapecie i patrzyłam się w okno od pokoju mojego sąsiada. W końcu zobaczyłam jak wychodzi z domu. Był głównym podejrzanym, i jedynym, więc postanowiłam go śledzić. Z taką samą łatwością, z jaką przed chwilą wchodziłam, zeszłam po drzewie na dół. Z krzaków obserwowałam dokąd zmierza. Kiedy był już daleko, ale tak, że go widziałam, wyszłam z krzaków i ruszyłam powoli w jego kierunku. Zastanawiałam się gdzie on idzie o takiej godzinie. Może ma po prostu problemy z zaśnięciem i udał się na wieczorny spacerek, a ja po prostu dramatyzuje. Ale jednak jakiś dziwny głos w mojej głowie mówił, że to jednak nie bezsenność zmusiła go do spacerowania o tej godzinie. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mam ochotę szlajać się za jakimś gościem w środku nocy, wolałabym położyć się spać. Już od kilku nocy porządnie nie spałam… W tym momencie przez mój mózg przeszła myśl:
-Wiedziałam, że przyjdziesz. – odparła ta mniej przyjemna. – ściągnij kurtkę i siadaj. – wskazała na krzesło naprzeciwko jej.
Kurtkę odwiesiłam na wieszak, wzięłam głęboki oddech i usiadłam na tym krześle. W komnacie też panował półmrok, czułam się jakbym miała zaraz uczestniczyć w jakieś czarnej mszy, czy coś w tym stylu. Milczałyśmy, moje serce biło szybko, bardzo się stresowałam. Ta milsza musiała to wyczuć bo na mnie spojrzała, i uśmiechnęła się.
-Ja jestem Sophie, – odparła kobieta, która wpuszczała mnie do środka – a to jest Susane.
-Miło mi – zaczęłam – jestem Roxana.
-Córka Samanthy. Wiemy.
-Znacie moją mamę? – odparłam zdziwiona.
One wymieniły się tylko spojrzeniem.
-Właśnie dlatego chciałyśmy żebyś tu przyszła. – mówiła Sophie – Znałyśmy ją, bardzo dobrze…
-Wiecie co się z nią stało?
-Tak… Wiemy… - przeciągała każde słowo Susane.
-No to co się stało?
Kobiety przez cały czas milczały i tylko spoglądały na mnie, a raz na siebie.
-No proszę was bądźcie poważne… - zaczęłam – Przyszłam tu, bo taki był wasz plan, a teraz będziemy sobie milczeć do 3 w nocy, i powiecie mi że już musimy kończyć następnym razem mi wszystko powiecie?
-Dobrze… Już ci powiemy, ale to nie jest łatwe – odparła Susane.
-Mówicie to dziewczynie, która jest bliżej spokrewniona z tą osobą… I komu tu jest ciężej?
-To była nasza przyjaciółka – powiedziała nie miło kobieta.
-A moja matka! Kto wygrał licytacje? Chyba jednogłośnie odpowiemy, że jednak ja…
Susane wyszła z sali, Sophie odprowadziła ją wzrokiem aż do drzwi. Po chwili zapytała:
-Czyli chcesz się dowiedzieć co się stało z Twoją mamą?
-Nie w dupie to mam… Przyszłam tu dla atrakcji… A jak pani myśli? – nie wiem co we mnie trafiło, nie kontrolowałam zupełnie nad tym co mówię.
-Ale bez nerwów… Twoja mama żyje i ma się dobrze.
-A od rodziny odizolowała się bo miała taki kaprys. – odpowiedziałam z lekką nutą sarkazmu.
-Niekoniecznie.
-Takiej odpowiedzi się spodziewałam.
W tym momencie do sali wróciła Susane, w ręce trzymała szklankę z wodą.
-Więc zrobiła to dlatego, żeby Was bronić – kontynuowała Sophie – wasze życie było zagrożone, przez… - urwała i spojrzała na Susane.
-Wierz nam lub nie, ale przez kotołaki. No wiesz… Takie dziwne istoty, pół ludzie, pół koty. Agresywne i to bardzo. Twoją matkę postawili w sytuacji bez wyjścia. Albo wzięli ją do siebie, coś jak zakładniczkę, albo porwą jej dzieci. Jedynym wyjściem z takowej sytuacji jest to, że ty ją uratujesz. Słyszałyśmy już, że szykują atak na twoją rodzinę, więc strzeż ich jak oka w głowie. My jesteśmy tylko od przekazania ci informacji, nie pomożemy Tobie ich pokonać, bo nie możemy. Musisz sama dojść do wszystkiego.
Powiedziała to wszystko prawie, że na jednym wdechu.
-Już zagroziły mojej rodzinie. – odparłam.
-Ktoś ucierpiał? – zapytała z troską Sophie.
-Tak. Mój brat i papużka. Jedno z nich wylizuje się z dość poważnych ran, a drugie leży głęboko pod ziemią w ogródku.
-Mam nadzieję, że to twoja papuga leży pod ziemią – powiedziała Sophie
-Powiem, że mamy miano dziwnej rodziny, ale jeszcze nie popierdolonej.
-Zapewne… Ale teraz musisz iść do domu, pilnować wszystkich. Porozmyślać o wszystkich, może i nawet się wyspać. Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to my się postaramy ci jakoś pomóc, ale nie obiecuje Ci niczego. – powiedziała Susane
-Mam jeszcze jedno pytanie… Czy znacie więcej osób, które miało kontakt z kotołakami?
-Znalazło by się wielu.
-Okej, dziękuje… Do zobaczenia.
Wstałam, ściągnęłam moją kurtkę z wieszaka i wyszłam. Szłam sobie tak ulicą, miałam mętlik w głowie. Nie miałam pewności czy zobaczę kiedykolwiek moją mamę, ale w sumie po co one miały kłamać? Co mi szkodzi? Może jednak warto zaryzykować. Jeśli jest chociaż minimalna szansa, że zobaczę mamę, to z niej skorzystam! Więc teraz warto by było, zrobić coś w tym kierunku. Tylko co? Wiele pytań, mało odpowiedzi… Ale chwilunia… Miałam nagranie, miałam zdjęcia tego czegoś… Mało miałam, ale jednak coś. Następnym razem ja tak łatwo się nie poddam. Trzeba zebrać wszystkie fakty. Zawsze, po odwiedzinach, kotołaka mam otwarte okno. Nie zawsze, ale zazwyczaj za oknem widzę mojego sexy sąsiada. A jeśli, on jest wmieszany w cały ten chory teatrzyk?
-Do dupy… - powiedziałam do siebie.
Stałam już pod moim domem. Z łatwością wdrapałam się na drzewo, no wiecie… Od wielu lat to trenuje. Na gałąź, a z gałęzi już do mojego pokoju. Na łóżku zobaczyłam jak moja najlepsza przyjaciółka słodko śpi z moim braciszkiem. Sama słodycz, aż miałam ochotę ich schrupać. Weszłam do swojej łazienki, pokręciłam się w kółko, nie wiedziałam za co mam się zabrać… Po kilku minutach kręcenia się bez celu, usiadłam na parapecie i patrzyłam się w okno od pokoju mojego sąsiada. W końcu zobaczyłam jak wychodzi z domu. Był głównym podejrzanym, i jedynym, więc postanowiłam go śledzić. Z taką samą łatwością, z jaką przed chwilą wchodziłam, zeszłam po drzewie na dół. Z krzaków obserwowałam dokąd zmierza. Kiedy był już daleko, ale tak, że go widziałam, wyszłam z krzaków i ruszyłam powoli w jego kierunku. Zastanawiałam się gdzie on idzie o takiej godzinie. Może ma po prostu problemy z zaśnięciem i udał się na wieczorny spacerek, a ja po prostu dramatyzuje. Ale jednak jakiś dziwny głos w mojej głowie mówił, że to jednak nie bezsenność zmusiła go do spacerowania o tej godzinie. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mam ochotę szlajać się za jakimś gościem w środku nocy, wolałabym położyć się spać. Już od kilku nocy porządnie nie spałam… W tym momencie przez mój mózg przeszła myśl:
„A co jeśli to jest podstęp? On ma mnie wyprowadzić w pole, żeby po raz
kolejny kotołak mógł dostać się do mojego domu i zrobić większy burdel w moim
życiu…”
Całe moje ciało przeszedł dreszcz, i to raczej nie z zimna…
Tak się przejęłam całymi tymi moimi dziwnymi myślami, że
nawet nie zauważyłam, że zostałam wyprowadzona gdzieś na jakieś zadupie, gdzie
zapewne nawet nie ma zasięgu. Tak, zamiast przejmować się tym, że zaraz zza
krzaka wyskoczy mi gwałciciel albo, co gorsza, kotołak który mnie poćwiartuje,
to przejmuje się tym, że nie ma zasięgu. No dobrze, ale po cholerę ON chodzi w
takie miejsca? I to sam… W środku nocy… Ja naprawdę nie wiem, co mam o nim
myśleć. Mam kilka teorii na ten temat, ale lepiej żeby o żadnej się nie
dowiedział. Pierwsza to taka, że jest gwałcicielem i już dawno zauważył, że za
nim idę, a teraz tylko… Dobra nie ważne… A druga brzmi tak: mój sąsiad, w
którym kocham się od dawna, dawna, bardzo dawna, jest kotołakiem, który porwał
mi matkę, chce pozabijać moją rodzinę i bliskich. Ani pierwsza, ani druga mi
się nie podoba… W pewnym momencie się zatrzymał, ja odruchowo też. Szybko
wskoczyłam w krzaki i wszystko obserwowałam. Stał niespokojnie, rozglądał się,
chyba kogoś szukał. W pewnym momencie wskoczył na drzewo, dam sobie rękę uciąć,
że stał na ziemi, a sekundę potem go nie było! Wywróciłam się w krzakach,
poczułam jak mi coś w kolanie strzyknęło. Nie było czasu na jakieś rozczulanie
nad kolankiem, poboli, poboli i przestanie… No kiedyś musi przestać boleć, prawda?
W pewnym momencie usłyszałam huk. Ale nie taki cichy huczek, tylko taki
porządny, głośny huk. Jakby ktoś granatem o ziemię rzucił. Wyjrzałam zza
krzaczka, i zobaczyłam jak leży na ziemi… Mój sąsiad oczywiście. Niezdarnie
stara się podnieść. No to mogę wykluczyć fakt, że jest kotołakiem, bo nie spadł
na cztery łapy. Niewiele myśląc, podbiegłam do niego.
-Co się stało? – starałam się utrzymać spokój w głosie.
-Rox.?! A ty tu co?
-A przyszłam sobie pojeździć na jednorożcach… Nie zadawaj głupich pytań, ok.? To teraz nie jest najważniejsze…
-Nie powinnaś tutaj być.
-Ale jestem i nic nie poradzisz, chodź pomogę Ci. Musimy stąd zmykać, i to szybko.
-Poradzę sobie.
-No właśnie widzę jak sobie radzisz! – krzyknęłam – chociaż raz w życiu daj sobie pomóc! Ile ty masz lat? Dalej 5, i myślisz, że jesteś jakimś posranym super-bohaterem, który nosi spodnie na rajtuzach i wszystko mu wolno, bo i tak nie zginie?!
-Po części…
-Dorośnij! – gotowało się we mnie ze złości.
-Co się stało? – starałam się utrzymać spokój w głosie.
-Rox.?! A ty tu co?
-A przyszłam sobie pojeździć na jednorożcach… Nie zadawaj głupich pytań, ok.? To teraz nie jest najważniejsze…
-Nie powinnaś tutaj być.
-Ale jestem i nic nie poradzisz, chodź pomogę Ci. Musimy stąd zmykać, i to szybko.
-Poradzę sobie.
-No właśnie widzę jak sobie radzisz! – krzyknęłam – chociaż raz w życiu daj sobie pomóc! Ile ty masz lat? Dalej 5, i myślisz, że jesteś jakimś posranym super-bohaterem, który nosi spodnie na rajtuzach i wszystko mu wolno, bo i tak nie zginie?!
-Po części…
-Dorośnij! – gotowało się we mnie ze złości.
Szybko podniosłam go z ziemi, i wlokłam go za sobą.
Odruchowo odwróciłam się za siebie, zobaczyłam na drzewie, kontury jakieś
dziwnej postaci. Jej oczy bardzo się błyszczały… Jedynie co mogłam z nich odczytać
to to, że sprawia mu radość to co widzi. Jedyne o czym myślałam, to o tym żeby
jak najszybciej znaleźć się w domu, wtulić się do podusi i o wszystkim po
prostu zapomnieć. Niestety tak to nie działa, teraz nie mam czasu na jakieś
rozczulanie. Miałam ochotę wyrwać sobie kolano, bo mi tylko przeszkadzało! Ból,
ograniczał moje możliwości… Kiedy już znalazłam się dziwnym trafem w miejscu
już normalnie zatłoczonym, budynki etc. Posadziłam go na ławce, wyglądał jak
trup… Albo jeszcze gorzej. Rozwalony nos, cały zakrwawiony, blady i bezbronny.
Dobrze, że go śledziłam. Niewiadomo jakby to się skończyło. Nagle ni stąd ni
zowąd pojawił się Erik.
-Matko przenajświętsza! Rox., kogo jak kogo, ale Ciebie bym o to nie podejrzewał! – wykrzyczał.
-Bardzo zabawne, a teraz spoważniej, trzeba mu to – wskazałam na jego zakrwawioną twarz – doprowadzić do ładu i składu, a potem bezpiecznie przetransportować do domu. A ty – pokazałam palcem na Erika – mi w tym pomożesz, czy Ci się to kurde podoba czy nie!
-Lubię gdy dziewczyna mną rządzi.
-Stul pysk i załatw apteczkę – powiedziałam groźnie.
A on mi tylko zasalutował i gdzieś polazł. Podeszłam do mojego sąsiada.
-Jak masz na imię? – zaczęłam rozmowę niepewnie.
-Ja wiem jak Ty masz na imię, a ty nawet nie wiesz jak ja mam na imię? Pomagasz nieznajomemu?
-Bóg tak nakazał.
-Nie sądzę, że należysz do chrześcijanek, ale niech Ci będzie.
-To jak?
-Co jak?
-Masz na imię!
-Christopher.
-Ładnie…
-Jeśli starasz się mnie zagadać, żebym zapomniał o bólu, to powiem szczerze, kiepsko ci to idzie.
-Dziękuje za szczerość, cenię ją sobie w życiu.
W tym momencie znowu, znienacka zjawił się Erik, z apteczką.
-Nareszcie! – wykrzyknęłam z entuzjazmem.
Razem z Erikiem, zaczęliśmy przemywać, a potem opatrywać ranę. Nie powiem, że nie, wyszło nam to całkiem sprawnie. Byłam z nas dumna. W dwójkę wzięliśmy Christophera i zanieśliśmy do domu. Pod płotem czekałam aż wejdzie do swojego domu. Z tego wszystkiego nie zdążyłam zapytać co on tam robił i co się stało.
-Boli? – po chwili ciszy zapytał Erik.
-Co boli?
-Kolano.
No tak… Przecież mnie kolano bolało. Odruchowo spojrzałam na nie i zlękłam się. Całe spuchnięte i sine. Nieprzyjemny widoczek.
-W sumie… To tak trochę.
-Nie wygląda na takie żeby bolało „tak trochę”
-Jutro pójdę do lekarza i się wszystko okaże.
-Przed szkołą?
-Niech będzie, że i przed szkołą. – odparłam – a teraz pozwolisz, że pójdę spać, bo od kilku nocy nie śpię dobrze.
-Odprowadzić Cię do domu?
-Mieszkam po drugiej stronie poradzę sobie. – powiedziałam i ruszyłam w stronę domu.
Kiedy już przeszłam przez bramę, odwróciłam się tylko po to żeby zobaczyć co robi Erik. A on stał tam i gapił się jak cielak na malowane wrota! Stanęłam pod drzewem. Zerknęłam na kolano, potem znowu na drzewo i znowu na kolano.
-Raz kozie śmierć. – powiedziałam i wskoczyłam na nie.
W pokoju wszystkiego zaczęłam żałować… Po co mi to wszystko było? Mogłam siedzieć w domu, a teraz? Mam problem z kolanem, muszę przesłuchać sąsiada, a jeszcze trochę i zacznę się kolegować z Erikiem… No, ale to nie jest teraz najważniejsze… Położę się spać, a rano wszystko się okaże. Pójdę do lekarza, dowiem się co z kolanem – oby nic poważnego. Tylko tego by mi jeszcze brakowało. Gipsu i kul… No, ale dobrze. Na dzisiaj koniec z czarnymi scenariuszami. Poszłam do łazienki i tylko przebrałam się w piżamę, bo nie miałam siły na wzięcie prysznica. Rozścieliłam sobie śpiwór na podłodze, ustawiłam budzik i w nareszcie poszłam spać…
-Matko przenajświętsza! Rox., kogo jak kogo, ale Ciebie bym o to nie podejrzewał! – wykrzyczał.
-Bardzo zabawne, a teraz spoważniej, trzeba mu to – wskazałam na jego zakrwawioną twarz – doprowadzić do ładu i składu, a potem bezpiecznie przetransportować do domu. A ty – pokazałam palcem na Erika – mi w tym pomożesz, czy Ci się to kurde podoba czy nie!
-Lubię gdy dziewczyna mną rządzi.
-Stul pysk i załatw apteczkę – powiedziałam groźnie.
A on mi tylko zasalutował i gdzieś polazł. Podeszłam do mojego sąsiada.
-Jak masz na imię? – zaczęłam rozmowę niepewnie.
-Ja wiem jak Ty masz na imię, a ty nawet nie wiesz jak ja mam na imię? Pomagasz nieznajomemu?
-Bóg tak nakazał.
-Nie sądzę, że należysz do chrześcijanek, ale niech Ci będzie.
-To jak?
-Co jak?
-Masz na imię!
-Christopher.
-Ładnie…
-Jeśli starasz się mnie zagadać, żebym zapomniał o bólu, to powiem szczerze, kiepsko ci to idzie.
-Dziękuje za szczerość, cenię ją sobie w życiu.
W tym momencie znowu, znienacka zjawił się Erik, z apteczką.
-Nareszcie! – wykrzyknęłam z entuzjazmem.
Razem z Erikiem, zaczęliśmy przemywać, a potem opatrywać ranę. Nie powiem, że nie, wyszło nam to całkiem sprawnie. Byłam z nas dumna. W dwójkę wzięliśmy Christophera i zanieśliśmy do domu. Pod płotem czekałam aż wejdzie do swojego domu. Z tego wszystkiego nie zdążyłam zapytać co on tam robił i co się stało.
-Boli? – po chwili ciszy zapytał Erik.
-Co boli?
-Kolano.
No tak… Przecież mnie kolano bolało. Odruchowo spojrzałam na nie i zlękłam się. Całe spuchnięte i sine. Nieprzyjemny widoczek.
-W sumie… To tak trochę.
-Nie wygląda na takie żeby bolało „tak trochę”
-Jutro pójdę do lekarza i się wszystko okaże.
-Przed szkołą?
-Niech będzie, że i przed szkołą. – odparłam – a teraz pozwolisz, że pójdę spać, bo od kilku nocy nie śpię dobrze.
-Odprowadzić Cię do domu?
-Mieszkam po drugiej stronie poradzę sobie. – powiedziałam i ruszyłam w stronę domu.
Kiedy już przeszłam przez bramę, odwróciłam się tylko po to żeby zobaczyć co robi Erik. A on stał tam i gapił się jak cielak na malowane wrota! Stanęłam pod drzewem. Zerknęłam na kolano, potem znowu na drzewo i znowu na kolano.
-Raz kozie śmierć. – powiedziałam i wskoczyłam na nie.
W pokoju wszystkiego zaczęłam żałować… Po co mi to wszystko było? Mogłam siedzieć w domu, a teraz? Mam problem z kolanem, muszę przesłuchać sąsiada, a jeszcze trochę i zacznę się kolegować z Erikiem… No, ale to nie jest teraz najważniejsze… Położę się spać, a rano wszystko się okaże. Pójdę do lekarza, dowiem się co z kolanem – oby nic poważnego. Tylko tego by mi jeszcze brakowało. Gipsu i kul… No, ale dobrze. Na dzisiaj koniec z czarnymi scenariuszami. Poszłam do łazienki i tylko przebrałam się w piżamę, bo nie miałam siły na wzięcie prysznica. Rozścieliłam sobie śpiwór na podłodze, ustawiłam budzik i w nareszcie poszłam spać…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz