czwartek, 26 stycznia 2012

Rozdział VII

Obudziłam się rano na kanapie w salonie Marg, strasznie bolała mnie głowa. Chciałam wstać, ale coś mnie powstrzymywało, ciało odmawiało mi. Rozejrzałam się po całym mieszkaniu, było wszystko posprzątane, i nikogo wokół. Jedyne co mogłam w tym momencie zrobić to usiąść na kanapie. To już jakieś postępy. Rozejrzałam się jeszcze raz, czyściutko, czy aby na pewno ta impreza była wczoraj? Zobaczyłam swoją torebkę, w momencie dostałam siły, sprawdziłam co w środku jest, jakaś koszulka, buty, kluczyki etc. Wyszłam z domu, stanęłam na dworze. Wzięłam głęboki oddech i zaczerpnęłam świeżego powietrza do płuc, ból lekko ustawał, lecz w głębi serca czułam, że coś jest nie tak. Szukałam wzrokiem mojego samochodu, po jakiś pięciu minutach go znalazłam. Boże, jak mi dzisiaj wszystko nie wychodzi. Wsiadłam do samochodu, rzuciłam torebkę do tyłu, włożyłam kluczyki do stacyjki, i zastygłam… „Czy ja mogę teraz prowadzić?” – pomyślałam. Potem naszła mnie druga myśl: raz kozie śmierć. Odpaliłam garbusa i ruszyłam do domu. Kiedy byłam już pod domem, doszłam do wniosku, że nie wiem jaki jest dzisiaj dzień. Złapałam torebkę i zaczęłam szukać mojego telefonu. Kiedy go znalazłam, weszłam w kalendarz.
-Yhym… - powiedziałam do siebie – a więc dzisiaj mamy niedzielę… I dodatkowo dzisiaj przyjeżdża do mnie ciocia. Kurwa! Ciocia! Tata wyjeżdża! – ożywiłam się.
Wybiegłam z samochodu, jeśli oczywiście można nazwać to „wybiegnięciem”. Do domu weszłam w trybie natychmiastowym-przyspieszonym. Potknęłam się o walizki.
-Cholera! – rzuciłam.
-Jakie słowa ja słyszę?! – powiedziała ciocia.
-Dam sobie rękę uciąć, że wypowiedziane.
-Bardzo zabawne młoda damo.
-Tato jeszcze jest?
-Jest. W pokoju.
Wbiegłam do tego pokoju i przytuliłam się do taty. W tym momencie usłyszałam klakson.
-No… Zdążyłaś w ostatniej chwili. – powiedział. Poczym pocałował mnie w czoło, i wyszedł z pokoju.
Stałam w progu, i tłumiłam w sobie emocje. Mój brat nie zszedł, na dół, co było dziwne. Ale w tym momencie się nie przejęłam. Tato przytulił ciotkę, wziął walizki i wyszedł. Ja wybiegłam za nim na dwór.
-Do zobaczenia za miesiąc! – powiedziałam i machałam jak głupia.
Patrzyłam jak samochód z moim tatą odjeżdża, aż w końcu znikł mi z oczu. Poleciała mi pojedyncza łza. Podeszła do mnie ciocia i złapała za ramię.
-Jest jeszcze jedna wiadomość – powiedziała takim czułym głosem.
-Słucham.
-Twoja papuga zdechła.
-Co?!
-Jest pochowana, w ogrodzie, koło gruszy.
-No Kuźwa jeszcze tego mi brakowało! – wykrzyczałam.
-Zostaniesz na chwilę sama?
-No tak… A czemu pytasz?
-Twój brat ma dziwne ślady na skórze, od ugryzień lub czegoś innego. Pojedziemy do lekarza, a jeśli coś będzie nie tak to do weterynarza, sprawdzić czy nie dostał wścieklizny…
Nie słuchałam Klary dalej, pobiegłam szybko na górę, prawie wyważyłam drzwi do pokoju mojego brata. Siedział na łóżku, podeszłam do niego. Złapałam za rękaw, i go podwinęłam. Wyglądało to ohydnie, jak ślady po cięciu się. Przecież mu blizny zostaną do końca życia! Ble… Myślałam, że puszczę pawia jak to zobaczyłam.
-Kto ci to zrobił? – odpowiedziała mi cisza. – Możesz mi odpowiedzieć. Słuchaj… Przeżyłam kilka paranormalnych historii… Ty mi powiesz kto ci to zrobił, a ja ci je opowiem, okej? – pokiwał mi główką na tak. – A więc…? – w tym momencie weszła ciotka.
-Jedziemy – powiedziała do Damiena, a on wyszedł.
Usiadłam na jego łóżku. Musiałam sobie wszystko przemyśleć. Dziwne zadrapania mojego brata, o których nie chce mówić, i się czegoś boi. Śmierć mojej papugi… Papuga! Szybko pobiegłam do ogrodu, dzisiaj tyle biegam, że powinnam dostać zwolnienie z wf na cały rok! Uklękłam nad gruszą, dokładniej przy krzyżu zrobionym z patyków. Zaczęłam płakać, bardzo mocno.
-Dlaczego? – powtarzałam co chwila w myślach.
Wzięłam krzyż ze sobą i weszłam do domu. Z torebki wyjęłam portfel, wyciągnęłam z niego zdjęcie. Moje i Tuko. Przybiłam do krzyża. Umocowałam to tak mocno, żeby nie odkleiło się przy najbliższym silniejszym podmuchu wiatru. Zrobiłam piękną tabliczkę z napisem „Śp. Tuko”. Także przymocowałam do krzyża. Wyszłam z powrotem na ogród. W drodze do gruszy zerwałam parę kwiatków. Kwiaty położyłam na ziemi, gdzie spoczywała moja papuga, krzyż włożyłam w poprzednie miejsce.
-Trzeba już powoli robić krzyż dla Tweedy, w końcu papużki nierozłączki. Długo nie przeżyją bez siebie. – powiedziałam do siebie.
Po jakiś paru sekundach wzięłam się w garść.
-Hej maleńka, wiesz co? Pomszczę cię! Pomszczę Ciebie, Tweedy i moją mamę! TA ZNIEWAGA KRWI WYMAGA!! – krzyknęłam i wbiegłam do domu – Jesteś z siebie dumny? Wiem, że to ty maczałeś swoje ohydne pazury w śmierci mojej papugi! Wiem, że to ty okaleczyłeś mojego brata! Myślisz, że masz twarz jak po nie udanej operacji plastycznej i możesz wszystko?! To się grubo mylisz! Od tej pory prowadzimy wojnę! Rozumiesz? WOJNĘ! Wojna na śmierć i życie. Słyszysz? Zabiję cię! Pomszczę moich bliskich! Po prostu ci już nie odpuszczę! Zabiję cię, a następnie napluje na twoje martwe ciało! Mogę zrobić to nawet teraz! Słyszysz mnie? Wyjdź z ukrycia! Wiem, że tu jesteś. Wyczuje ciebie na kilometr. Śmierdzisz trupem i… Chwila co to za zapach? Tak… To zapach strachu. Ty tchórzu! Boisz się mi stawić czoła! – zaczęłam się śmiać, ale tak dziwnie. Aż sama się przeraziłam swojego śmiechu – Tchórz i dupek! – odrzekłam.
Poszłam się umyć. Weszłam do mojej łazienki.
-I co? Teraz buszujesz po moim domu, bo jestem w łazience? – wybuchłam śmiechem – JESTEŚ ŻAŁOSNY! – wykrzyczałam.
Zmyłam resztki mojego makijażu. Nalałam gorącej wody do wanny. Wbrew pozorom, to co dzisiaj przeżyłam było straszne, i wyczerpujące. Weszłam do wody, i odprężyłam się. Starałam sobie przypomnieć co działo się wczorajszego wieczoru, lecz na samą myśl, rozbolała mnie głowa. Jedyne co pamiętam, to pierwszy toast za Marg… A potem… Potem to jedno wielkie nic. Pustka. Film mi się urwał… Nie… Na pewno nie… Po jednym kieliszku nie urywa się od tak film. No chyba, że ma się bardzo, ale to bardzo słabą głowę. Nigdy mi się to nie zdarzyło więc to nie możliwe… A więc coś musiało się innego stać. Z zamyśleń wyrwał mnie telefon.
-Halo?
-No hej! – w słuchawce usłyszałam głos, Elisabeth
-O witaj. Właśnie tego mi było trzeba.
-Tego, to znaczy tego?
-Gorącej kąpieli i twojego głosu. – Elis. zachichotała
-To miło. Ej… Co się z Tobą stało?
-A o co pytasz…?
-Na imprezie, po pierwszym toaście gdzieś znikłaś, a jak już wróciłaś to dziwnie się zachowywałaś. Z domu wybiegłaś rano, bez pożegnania ani nic… O co chodzi?
-A wiesz, że nic nie wiem. Nie pamiętam nic z wczorajszej imprezy. Rano nie mogłam się ruszyć, ale w momencie dostałam siły i wybiegłam. W domu pożegnałam się z tatą, wraca za miesiąc, ale to już wiesz. Mój brat został podrapany przez jakieś zwierzę, z jednej rany wychodzi mu mięso, blizny zostaną mu do końca życia już. Apropos mojego brata, pojechał z ciocią do szpitala, i jeszcze ich nie ma. Martwię się… Aha i jeszcze jedno. Tuko mi zdechł, i to oznacza, że Tweedy też za niedługo zdechnie, bo w końcu to papużki nierozłączki. A po za tymi czterema wątkami, to wszystko po staremu i wspaniale. A co tam?
-Wow… Nie chciałabym być twoim sercem, bo właśnie krajałabym się na pół. Tak rozłąka z tatą, podczas gdy nie masz mamy, i jeszcze straciłaś jednego ze swoich najlepszych przyjaciół, i czekasz aż stracisz drugiego i wiesz, że nic nie możesz zrobić. Znikasz tajemniczo z imprezy i równie tajemniczo się potem zachowujesz. Twój brat doznaje dziwnego rodzaju stygmatów. Czy twoja rodzina nie ma żadnej klątwy?
-Właśnie nie mam pewności. Miałam dzisiaj przeszukać wszystkie pamiątki, ale tyle się działo, że nie mam siły na to.
-Rozumiem Cię… Mam ci pomóc w poszukiwaniach?
-Wolałabym nie… Wiesz, zawsze może okazać się coś dziwnego, i potem nasza przyjaźń będzie specyficzna. Tak, wiem… Teraz mi powiesz, że obojętnie co znajdę nie zaszkodzi naszej przyjaźni, ale ja sama boję się tego co znajdę, a co dopiero ty?! Kiedy coś znajdę, i oswoję się z tym, na pewno się odezwę.
-Okej, rozumiem. Jutro normalnie do szkoły?
-Jeszcze szkoła… Tego mi brakowało… Tak, tak wszystko po staremu. Podjadę po Ciebie i po Margarett. A więc do jutra.
-Do jutra.
I zakończyła się rozmowa. W słuchawce była głucha cicha, gdzieś znikł głos Elis. który sprawiał, że czułam się bezpieczniej. Siedziałam tak w tej wodzie i znowu zaczęłam rozmyślać.
-Czyli w trakcie imprezy wychodziłam gdzieś… Tylko gdzie? To mnie właśnie bardzo ciekawi. Potem wróciłam. I dziwnie się zachowywałam. A ja nic nie pamiętam. To było dziwne. Rano przez pewien czas byłam przywiązana niewidzialnymi linami do łóżka, potem dostałam kopa jak po energy drinku. I takie kopy miałam regularnie przez cały dzień. Usłyszałam, że ktoś wchodzi do domu. Szybko wyszłam z wanny, wyciągnęłam korek. Osuszyłam się ręcznikiem, nałożyłam szlafrok i zbiegłam na dół, prawie zabiłam się na schodach. I po raz kolejny dostałam kopa, podczas tego dnia… Zobaczyłam mojego brata. Cały w bandażach, to był przerażający widok. Moje serce łamało się już na ćwiarteczki… Jeszcze chwila, a zupełnie będę pozbawiona serca. Moja ciotka coś do mnie mówiła, nic do mnie nie docierało, po prostu stałam i patrzyłam na mojego brata. Na bandaże, które w co niektórych miejscach były czerwone, na oczy, w których była szklanka od płaczu. Podeszłam do niego, przytuliłam go. Poleciały mi łzy. Po raz pierwszy w życiu, nie byłam na niego zła jak zawsze. Wiedziałam, że kiedyś taki dzień nadejdzie, ale miałam nadzieje, że nie będzie to taka drastyczna scena. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do jego pokoju. Przebrałam go w piżamę, nakryłam kołdrą, i usiadłam koło niego.
-To jak? – zaczęłam po chwili. – nasza umowa trwa dalej? Ty mi mówisz kto ci to zrobił, a ja ci opowiadam moje historię.
-To zrobił taki pan… On tu jest… Powiedział mi, że nigdy stąd nie wyjdzie… Zdradził mi też, że ma mamę, i nie odda nam jej… I że zależy mu na Tobie… Że chce… - zaczęły mu łzy lecieć.
-Już kochanie, nie płacz. – pocałowałam go w czoło.
-Że chce, ciebie do kolekcji. Czekał na twoje szesnaste urodziny od zawsze. – przeszły mnie dreszcze.
-A powiedz mi jeszcze jedno… Czy on przypominał ci choć w małym calu… Kota?
-Tak. – spodziewałam się tej odpowiedzi, ale i tak mną wstrząsnęła.
-Okej. Ty mi opowiedziałeś co ci się stało, a ja ci opowiem co mi się przytrafiło. – spojrzał na mnie zaciekawionymi oczkami. – jakoś w piątek, myłam się. Usłyszałam hałas w pokoju, myślałam, że to ty szukasz konsoli, kiedy wyszłam okno było otwarte na szerokość, a mój pokój był wywrócony do góry nogami. Następna przygoda, to stanęłam oko w oko z tym „Panem” w salonie, rozmawiałam z nim. Lecz ty z tatą wróciłeś z zakupów i mi uciekł gdzieś. Kiedy znowu się myłam, on chciał włamać się do mojej łazienki. Więc te całe zarysowania itd. Nie zrobił Jackob, tylko on… I jeszcze ukradł mi wszystkie notatki na temat mamy, wycinki z gazet i wszystkie dowody oraz pamiątki. I wiesz co? Czuję jego obecność non-stop.
-Ja też… - pocałowałam go, chciałam wyjść z pokoju – Roxana!
-Słucham?
-Śpij dzisiaj ze mną, nie zostawiaj mnie.
-Dobrze… - Wzięłam go na ręce, i zaniosłam do mojego pokoju.
Położyłam go na łóżku, przebrałam się szybko w piżamę. Podeszłam przed snem do klatki Tweedy, była bardzo zasmucona.
-Ej maleńka. Nie smuć się, musisz być silna. Tak jak ja, nie poddawaj się. Walcz o swoje życie! Jeszcze wiele przed tobą! Nie możesz się teraz poddać! Nie czas na ciebie… - pocałowałam ją w dziób.
Pogłaskałam Jackoba i Bobiego, i wskoczyłam do łóżka. Wtuliłam się w Damiena i czekałam aż uśnie. Kiedy już sobie słodko chrapał, ja wstałam i odpaliłam laptopa. W Google, wpisałam zagadnienie: kotołaki. Nie mogłam spać, więc zamiast marnować czas, poczytam sobie co nieco na ten temat… Będę wiedziała jak z tym walczyć…

piątek, 20 stycznia 2012

Rozdział VI

Z mojego snu wyrwał mnie budzik. Rozejrzałam się po pokoju, wiedziałam, że coś się wczoraj w nocy wydarzyło, tylko nie do końca wiedziałam co. Narzuciłam na siebie bluzę, bo było dzisiaj bardzo chłodno w domu. Bynajmniej w moim pokoju. Zeszłam na parter, było cicho, nikogo nie było. W sumie to nawet się nie zdziwiłam, bo kto normalny wstaje o 7:30? Weszłam do kuchni, poszperałam po szafkach, w końcu zdecydowałam się na jajecznicę. Miałam dziwne wrażenie, że to już kiedyś przeżyłam, takie Deja vu. Jajecznicę zjadłam na kanapie, oglądając powtórki filmów. Talerz wrzuciłam do zlewu, i od razu go umyłam. Poszłam do pokoju mojego taty, było w nim ładnie pościelone, jak nigdy. Na łóżku leżała kartka:
            „Pojechałem na zakupy z Damienem, wrócimy
            około godziny 12. Jak byś czegoś potrzebowała
            to dzwoń.
                                                           Tatuś
J

Okej, są na zakupach, pewnie znowu Damien coś marudził, że coś bardzo chce i robił cyrki. Ma gówniarz szczęście, że mnie nie obudził. W tym momencie, przeszedł mnie zimny dreszcz, przed oczami miałam widok wczorajszej postaci, jak chodzi mi po domu. Widziałam jak się zakrada, widziałam wszystko co robiła pomimo, że mnie przy niej nie było. Potem widziałam jak ucieka, wybiega z mojego domu i znika… Następnie miałam obraz z nocy, jak się kąpałam. Ta sama postać była u mnie w domu, grzebała mi w rzeczach, szukała czegoś, kiedy usłyszała mnie w łazience, za wszelką cenę chciał się do mnie dostać. W pewnym momencie poddał się, ale nie wyszedł z pokoju, nie wyskoczył przez okno. Po prostu znikł w ciemności. Wróciłam do teraźniejszości, ręce całe mi się trzęsły. Rozglądałam się niespokojnie bo mieszkaniu, szukałam tego czegoś… Moja kobieca intuicja podpowiadała mi, że on tu jest, że się na mnie patrzy, że mój strach sprawia mu frajdę. W końcu stanęłam na środku domu, i zaczęłam krzyczeć. Nie wiem co krzyczałam, po prostu w przypływie emocji słowa nasuwały mi się na język i je krzyczałam, ale to brzmiało mniej więcej tak:
- No dalej wyjdź, ty tchórzu, nie chowaj się po kątach! Staw mi czoło!
Bałam się, strach wyżerał mnie od środka, ale starałam się zrobić wszystko, tylko żeby on po mnie tego nie poznał. Usłyszałam, jakiś szmer, szelest i wyszedł… A może raczej wyszło to coś z ukrycia. Wczoraj wzrok mnie nie mylił, to coś naprawdę było pół kotem, pół człowiekiem. Wyglądało paskudnie, jak jakiś nie udany eksperyment naukowy, jak dziecko zmutowane, jak te dziwne ludzie z „oszukać przeznaczenie”. Paskudne… Rzygać mi się zachciało! Cofnęło mi się jajecznica, ale powstrzymałam to pragnienie zwymiotowania i po prostu stałam i go obserwowałam. Miał dziwną, spłaszczoną kocią twarz. Tułów, ludzki, umięśniony, pazury przypominały mi raczej szpony, wielkie ostre. Mógłby mnie nimi rozedrzeć na strzępy. I naprawdę miał ogon! Ten fakt wstrząsnął mną jeszcze bardziej, aż zrobiłam dwa kroki do tyłu.
-Już nie jesteś taka odważna, co? – powiedział, jego głos był dziwny, mało ludzki, ale też nie bardzo zwierzęcy. Trudno go opisać.
-Nie boję się Ciebie! – powiedziałam, choć i tak wiedziałam, że kłamie.
Zaśmiał się, diabelnie, okrążył mnie i powiedział:
-Nie odrodna córka swojej mamy.
Odskoczyłam.
-Skąd znasz moją mamę?! – zaczęłam krzyczeć – zrobiłeś jej krzywdę?! Wiesz co się z nią dzieję?!
-Nic o niej nie wiem. – zwracając się do mnie ukłonił mnie, co mnie bardzo zdziwiło
-Czego wczoraj szukałeś u mnie w domu? Gdzie są kartki z mojego pamiętnika!
-Ah… O tym mówisz. Powiedzmy, że były mi potrzebne, ok? Jakby ktoś pytał, to je pożyczyłem.
-Pożyczyłem, mówisz? Więc je oddasz?
-Hm… To może po prostu je sobie przywłaszczyłem.
-Ukradłeś.
-Oh… Aż taki podły nie jestem. – uśmiechnął się
-Gdzie moja mama? – powiedziałam pewna siebie, sama przeraziłam się pewności w moim głosie.
-A więc… - wypowiedź przerwał mu mój tato, który właśnie wrócił do domu.
Syknął wystraszony i uciekł. A ja stałam i wlepiałam się w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą on stał.
-Roxana? Wszystko Ok.? – usłyszałam zmartwiony głos taty.
Ocknęłam się z morza własnych myśli, i szybko odpowiedziałam.
-Tak, tak. Wszystko ok.
-Jeszcze nie u Marg?
-Jak widać… Zaraz się ubiorę i do niej jadę.
-Odwieźć Cię?
-Nie trzeba, sama pojadę. Ty się spakuj i naszykuj, w końcu jutro wyjeżdżasz… A właśnie… Kiedy będzie ciocia?
-Za jakąś godzinę powinna tu być.
-A więc czas mnie goni. – uśmiechnęłam się do taty, i pobiegłam na górę.
Okno po raz kolejny było otwarte, szlag mnie trafi jak on znowu wejdzie tutaj przez okno! Najlepiej żeby w ogóle tutaj nie przychodził, tylko problemów mi narobił! Skąd on w ogóle zna moją matkę? Ta sprawa bardzo poważnie mi śmierdziała, ale nie miałam ochoty o tym teraz myśleć. Zaraz będzie super impreza i nikt mi jej nie zepsuje! Moją sukienkę, buty, kosmetyki i biżuterię włożyłam do torebki. Na siebie narzuciłam jeansy, czerwoną koszulkę i czarną bluzę. Torebkę wzięłam do ręki, chwyciłam prawko, kluczyki i zeszłam na dół. Ubrałam moje kochane biało-fioletowe reeboki. Narzuciłam na siebie płaszcz i weszłam do samochodu, torebkę rzuciłam na tylnie siedzenie. Pojechałam okrężną drogą do Marg, musiałam jeszcze trochę ochłonąć. Kiedy dojechałam już na miejsce, wyjęłam kluczyki, ale nie wyszłam. Siedziałam jeszcze długo, i starałam wszystkie wydarzenia z ostatnich dni, jakoś poukładać w głowie. Czemu akurat to mnie spotyka? Dlaczego to coś zna moją mamę? Czy nasza rodzina ma jakąś klątwę? Doszłam do wniosku, że jak wrócę do domu, to będę musiała porządnie przeszukać wszystkie pamiątki rodzinne, a na razie idę na imprezę i nikt mi tego nie może zepsuć! Kiedy tak rozmyślałam to doszłam do wniosku, że nie przywiozłam nic na tą imprezę. Pojechałam w trybie natychmiastowym do najbliższego monopolowego, kupiłam Finladię, i wróciłam pod dom Marg. Wzięłam torebkę, alkohol i weszłam do jej domu.
-Witamy, witamy, na imprezę zapraszamy! – przywitały mnie wariatki.
Zaczęłyśmy się ściskać, kiedy już emocje opadły, wódkę włożyłam do lodówki. Razem z Elisabeth zajęłyśmy się jedzeniem, wsypywałyśmy chipsy do misek, robiłyśmy kanapki etc. Marg, ozdabiała pokój. Kiedy już pokój wyglądał bosko, a przekąski były już zrobione, przelałyśmy soki, do dzbanków, postawiłyśmy na stół, ustawiłyśmy też plastikowe kubki. Szklane zostawiłyśmy na mocniejsze rzeczy… Udałyśmy się na górę, świetnie się bawiłyśmy malując się. Kiedy byłyśmy razem jakoś tak czas szybciej leciał. Szybko się umalowałyśmy, ubrałyśmy, w skrócie – zrobiłyśmy się na bóstwo. Zeszłyśmy na dół, i co zastałyśmy? Syf! Po prostu syf przez wielkie S! Może nie syf, ale burdel! Chrupki leżały na ziemi, dekoracje zostały zerwane. W oczach dziewczyn widziałam strach, w moich raczej panował spokój, po ostatnich zdarzeniach przywykłam do tego. Szybko wzięłam się za zawieszanie dekoracji, próbowałam jakoś to wszystko przywrócić do stanu używalności. Spojrzałam na chrupki i powiedziałam do dziewczyn:
-Jak myślicie, minęło już pięć sekund?
-Myślę, że tak – odpowiedziała mi Elis, ale tak cichutko, że ledwo co słyszałam.
Dziewczyny z jedzenia uratowały to co się dało, po wielkich zmaganiach, sala wyglądała w miarę dobrze. Oczywiście nie była taka piękna jak wcześniej, ale też nie taka okropna jak jeszcze 15minut temu. Naprawdę ciężko sprząta się sale w sukienkach i szpilkach. Usiadłyśmy na kanapie, żeby złapać oddech, lecz długo ta chwila nie trwała. Zaraz zjawili się pierwsi goście, musiałyśmy się nimi zająć. Włączyłam muzykę, polały się pierwsze drinki. Impreza rozpoczęła się na maksa, już nic nie może zniszczyć mi tego wieczoru! To będzie najlepsza impreza w moim życiu, i nikt ani nic mi tego już nie zniszczy!

sobota, 14 stycznia 2012

Rozdział V

Kiedy tak myłam się usłyszałam jak ktoś lub coś szarpie za moją klamkę. Ale to tak jakby cały dom się palił a ta łazienka miała być jedynym miejscem które się nie spali. Szarpał za nią jak by to miało sprawić, że zamek się otworzy. Wyszłam z wanny, owinęłam się ręcznikiem i wpatrywałam się w drzwi. Dokładniej patrzyłam się na klamkę, komuś widocznie bardzo zależało żeby się tu dostać. Ja po prostu stałam i patrzyłam, bałam się odezwać, cokolwiek zrobić. Bałam się, że to coś co było u mnie popołudniu tutaj teraz do mnie wróciło i chciało mnie pożreć. Kiedy to ustało, podeszłam do drzwi, przyłożyłam do nich ucho. Usłyszałam czyjeś sapanie, zakryłam sobie ręką usta, jakby to miało sprawić, że przestanę wydobywać dźwięki. Nagle to coś rzuciło się na te drzwi. Mnie odrzuciło na ścianie, zsunęłam się po niej, patrzyłam się na te drzwi i płakałam. Cicho łkałam, bałam się. Co teraz ze mną będzie?! Jutro impreza, a ja tu mam zginąć? W łazience, prawie naga! Zawsze myślałam, że będę umierała przy boku ukochanej osoby itp. I w tedy to coś po raz kolejny uderzyło w drzwi. Aż się wystraszyłam, serce zaczęło mi szybciej bić. Spodziewałam się kolejnego rzutu na drzwi… Siedziałam, gapiłam się na białe drzwi łazienkowe i czekałam… Czekałam aż coś tu wejdzie. Zrobiło się cicho, wstałam, próbowałam opanować drganie całego ciała. Trzęsłam się potwornie, czułam, że adrenalina, którą dzisiaj dostałam wystarczy mi do końca roku. A może nawet dłużej! Podeszłam znowu do drzwi i znowu słuchałam, czy ktoś tam jest. Nie słyszałam nic, tylko szum za oknem, co było dziwne, bo okno zamykałam przed pójściem do łazienki. Odsunęłam bezszelestnie krzesło i znowu przystawiłam ucho do drzwi. Dalej nic nie słyszałam, w trybie błyskawicznym narzuciłam na siebie piżamę i wzięłam do ręki pilnik. Tak naprawdę nie wiedziałam, w czym ten pilnik ma mi pomóc, ale wzięłam go w przypływie emocji. Złapałam klamkę, była zimna, jak klamka… Zawahałam się, ale jednak szybkim ruchem ją pociągnęłam i otworzyłam drzwi. W pokoju było jasno, wszystko stało na swoim miejscu, nie było bałaganu. Zamknęłam drzwi za sobą, były lekko porysowane, w pewnych miejscach pęknięte. Myślałam, że będą wyglądały gorzej. Więc jest już jakiś plus. Rozejrzałam się jeszcze po całym pokoju, i podbiegłam do biurka. Pilnik odłożyłam na miejsce, otworzyłam jedną z szafek. Wszystko było na miejscu, niczego nie brakowało. Złapałam za czerwone pudełko, które było w samym środku. Na szczęście zawartość tego pudełka się tam dalej znajdowała. Trzymałam w nim pierścionek zaręczynowy mojej mamy. Nigdy nie miałam odwagi go założyć, jak go widziałam zawsze płakałam, przypominają mi się wszystkie scenki z mamą, jak bawiła się ze mną na placu zabaw, i ten pierścionek był na jej palcu. I wiele innych… Chcę go zostawić na ważniejszą okazję, prawdopodobnie założę go na studniówkę, ale boję się, że go zgubię. Mam jeszcze rok na zastanowienie. Ale jednak przymierzyłam go, pasował idealnie. Łzy napłynęły mi do oczu, widziałam przed sobą obraz mojej mamy jak czyta mi na dobranoc. Szybko go ściągnęłam, włożyłam do pudełka, odłożyłam na miejsce i otarłam łzę. Usiadłam na łóżku, złapałam za pamiętnik. Zauważyłam, że brakuje w nim kartki. Kartki na której zapisałam dokładne dane z zaginięcia mamy, wszystkie moje wycinki z gazet. Wszystko zginęło! Nie było w nim już ani słowa o mamie. Nic, zero! Ktoś ukradł mi moją mamę! Kartki pachniały jej perfumami jeszcze… Były jej zdjęcia, ulubione słowa… Wszystko o niej, i gdzie to teraz jest?! Wyjrzałam przez jeszcze otwarte okno, jedyne co widziałam to ciemność. W pewnym momencie ŁUP! Gołąb we mnie wleciał. Usiadłam pod oknem, serce zaczęło mi szybciej bić, nie mogłam złapać oddechu. Kiedy już wyluzowałam, zamknęłam okno i podeszłam do okna. Przez środek twarzy przechodziła rana… Nad prawym okiem, przez nos i lewy policzek. Leciała mi krew, złapałam apteczkę, którą miałam w łazience, oczywiście wahałam się czy wejść do łazienki, dziwne rzeczy się dzieją w pokoju jak tam siedzę… Ale jednak smak mojej krwi, przekonał mnie, że muszę to jakoś opatrzyć. Przemyłam wodą utlenioną, nakleiłam kilka plastrów, ale je odkleiłam, bo doszłam do wniosku, że wyglądam jak straszydło z nimi. Położyłam się do łóżka, i momentalnie usnęłam.
 ******
Obudziłam się rano. Narzuciłam bluzę na siebie, bo było chłodno. Zeszłam na dół, zrobiłam jajecznicę, usiadłam na sofie i zastanawiałam się gdzie jest tato, powinien tu być… Kiedy zjadłam śniadanie talerz i widelec wrzuciłam do umywalki i poszłam do pokoju taty. Wszystko było ładnie zaścielone, posprzątane, na błysk. Ale że co? Już wyjechał? Bez pożegnania? Przecież miał jutro… Jutro miała ciocia przyjechać i to jutro miał wyjechać. Co on robi? A z resztą gdyby wyjechał to ciocia już by tu była… Poszłam do pokoju Damiena, stawiałam na to, że bawią się razem, ale u Damiena też zastałam porządek, pościelone łóżko, co nie jest do niego podobne. Wyszłam z pokoju, stałam na środku przedpokoju i krzyczałam: „Tato gdzie jesteś? Nie zostawiaj mnie! Jesteś mi potrzebny! Nie! Proszę nie ty!...” Wybiegłam przed dom, u żadnego sąsiada światło się nie paliło, podbiegłam do mieszkania najlepszej przyjaciółki taty. Zaczęłam dzwonić, walić, kopać w drzwi, krzyczeć. Nikt mi nie otworzył. Zsunęłam się po drzwiach. Zaczęłam płakać. W pewnym momencie, na środku drogi zobaczyłam postać, stała i patrzyła się na mnie. Podniosłam moją dupę, wytarłam łzy i chciałam do niej podejść. Ona gdzieś uciekła.
- Ej! Czekaj! – zdołałam tylko zawołać, przed kolejną porcją płaczu.
Już miałam usiąść na środku drogi, zacząć płakać, użalać się nad swoim losem, ale wzięłam się w garść.
- To nie ta Roxana, którą znam! – powiedziałam do siebie – weź się w garść! – strzeliłam sobie liścia – Tak lepiej, trzeba było od razu tak zrobić.
Poszłam w ślad za tą postacią… Szłam przed siebie i szłam i szłam, i nie wiedziałam gdzie idę. Jeszcze przed chwilą była to moja dzielnica, w której się wychowałam, a teraz to zupełnie nie znane mi miejsce. Zatrzymałam się, rozglądałam i szukałam wokół jakiś ludzi. Bałam się, że już zostanę na zawsze sama, albo że nie żyję, i jestem w jakimś piekle. Ale zobaczyłam tą postać, która stała wcześniej na drodze. Szła w moją stronę, zatrzymała się jakieś 5 metrów ode mnie. Kiedy ja zrobiłam krok w przód, ona dwa do tyłu. I tak ciągle.
- Kto ty? – zdołałam wykrztusić siebie – co się stało? Gdzie są wszyscy?
W odpowiedzi dostałam tylko diabelski śmiech, nagle ci „wszyscy” zaczęli wychodzić, to na dachach stali, to w z okien wyskakiwali, lub po ulicy szli. Wyglądali znajomo, jak moi sąsiedzi, ale coś jednak było nie tak. Mieli… Tak! Oni mieli ogony! Wyglądali jak… Jak to coś co stało w moim pokoju. Bałam się, cała trzęsłam się ze strachu, lecz nie chciałam żeby oni o tym wiedzieli. Co niektóre postacie na mnie syczały. Myślałam że zaraz mnie zaatakują. W tłumie zobaczyłam tatę, brata i… Mamę! To była mama! Oni też tacy byli. Chciałam do nich podbiec i rzucić się im na szyję.
-Stój! – krzyknął mój tata, ale takim suchym, pustym głosem.
-Tato? – powiedziałam przez łzy.
-Nie jestem twoim ojcem – spojrzał na mnie zimnymi oczami – Brać ją! – krzyknął jak jakiś generał do swojej armii.
Wszystkie stwory ruszyły w moją stronę.
-Nie!... Czemu?!... Co ja ci zrobiłam?… Dlaczego mi do robisz?... – wołałam przez łzy.
Mój tato zaczął śmiać się, jak jakiś król zła, diabeł, zło wcielone. Moja mama tak samo, mój brat patrzył się na mnie z nienawiścią w oczach. Po prostu zabijał mnie wzrokiem! Czułam jak strach wyżera mnie od środka, a od zewnątrz te stwory. Spojrzałam mojej mamie głęboko w oczy, to nie była ta sama osoba co 11 lat temu, i w tedy… Znalazłam się z powrotem w  moim łóżku! Miałam szklankę w oczach, spojrzałam na zegarek, wskazywał 12 w nocy. Bałam się, cała się trzęsłam, lecz resztką sił, wstałam z łóżka, zbiegłam na dół. Weszłam po cichu do pokoju taty. Na całe szczęście dalej tam siedział, zamknęłam drzwi i ruszyłam do kuchni. Nalałam sobie zimnej wody, wypiłam. Szklankę odstawiłam do zlewu. Wróciłam na górę. Ustawiłam budzik na 7:30, i położyłam się spać… Bałam się, że koszmar wróci i skończy się dla mnie bardzo źle, lecz zmęczenie wygrało… Usnęłam…

piątek, 13 stycznia 2012

Rozdział IV

Siedziałam tak z dobre pół godziny. W końcu wrócił tato, szybko zbiegłam na dół i się do niego przytuliłam, tak jakbym nie widziała go od roku, czułam się jak małe dziecko, które dostało zabawkę pod choinkę.
-Też się cieszę Rox, że ciebie widzę, ale będę bardziej zadowolony, jak pozwolisz mi oddychać…
-Przepraszam, nie miałam w planach ciebie udusić.
-Wszystko okej?
-N… - już mu miałam wszystko powiedzieć, ale nie chciałam go stresować przed wyjazdem – No tak, a czemu pytasz?
-A tak o, bo to normalne, że siedemnastolatka zbiega na łeb na szyję ze schodów i rzuca się tatusiowi w objęcia.
-Ja od zawsze nie byłam normalna – uśmiechnęłam się do taty, wzięłam moje zwierzaki do pokoju.
Kanarki w klatce postawiłam na biurku, naprzeciwko mnie, żebym je widziała. Mojego królika puściłam żeby pokicał sobie po pokoju, a mój pies położył się koło mnie. Miałam pewność, że na dole jest mój tato z bratem. Znowu zrobił się lekki chaos w domu i było normalnie. Przestałam się bać. Czułam obecność moich zwierząt, od razu zrobiło mi się lepiej. Spojrzałam na ten dyktafon tak jakby był tostem z podobizną Boga. W końcu odważyłam się go włączyć. W pokoju zrobiło się cicho, moje kanarki słuchały tego, pies też, królik tak samo.  Żadne z nich się nie ruszyło, nawet nie pisnęło. Wszyscy tylko słuchali nagrania. Ja osobiście słyszałam tylko kroki, stawiane bardzo zgrabnie i ostrożnie. Nagle usłyszałam potworny syk i już bardzo szybkie kroki. Różniły się od poprzednich, już nie było tej gracji. Myślałam, że dostanę zawału! Pomimo tego, że nagranie się skończyło, to moje zwierzaki dalej się w to wpatrywały. Co one tam słyszały? Otworzyłam laptopa, dalej było to paskudne zdjęcie. Boże, ja mam jakieś schizo! To zdjęcie przypominało mi… Pół kota, pół człowieka! Że co?! Przerobiłam następne zdjęcia, obejrzałam filmik. Masakra, no po prostu, twarz kota, oczy takie… Kocie… A ręce i nogi ludzkie. W pewnym sensie, pazury były długie i wyglądały na ostre. I albo mi się wydaje, albo na jednym ze zdjęć to coś ma ogon! Nie wierzę w to co widzę, oczy robią ze mnie jaja! No po prostu to żałosne, straszne i zabawne w jednym! Nagle ktoś bezczelnie wparował mi do pokoju, ja spadłam z krzesła, zaczęłam piszczeć. Moje kanarki zaczęły się drzeć, Jackob szczekać a Bobi schował się pod łóżko. I w tedy usłyszałam rechot mojego niedorobionego braciszka.
-No nieźle. W końcu udało mi się ciebie wystraszyć! – zaczął się jeszcze głośniej śmiać, w pewnym momencie przestał, zrobił poważną minę i spojrzał mi w oczy – moja konsola…
Wstałam, podniosłam krzesło, uspokoiłam zwierzaki, i ze stoickim spokojem w głosie, tak jakby nic się przed chwilą nie stało odparłam:
-Nie.
-Jak to nie? Co to znaczy nie?
-Do słownika.
-Wiem co to znaczy! Tydzień minął!
-Przedłużam o jeszcze jeden tydzień.
-Czemu?!
-Bo mam taki kaprys.
-Jesteś wyrodna!
-A ty ślepy i strasznie głośny.
I chyba właśnie w tym momencie zobaczył karteczkę na drzwiach z napisem „twoja konsola podłączona, leży w salonie.”
-I tak tego nie cofam – odparł i wyszedł.
-Mógłby już tu więcej nie przychodzić… - powiedziałam już do siebie.
Mojego psa wypuściłam na podwórko, i poszłam do kuchni zrobić sobie jakieś kanapki, w końcu od wizyty na mieście nic nie jadłam, a takie wydarzenia bardzo pobudzają apetyt. Stanęłam na środku kuchni i zastanawiałam się co zrobić na kolację. W pewnym momencie wparowała mi pewna myśl, jak olśnienie: Pizza! Teraz mam dylemat, sama mam zrobić czy zamówić. Po pewnym czasie, kiedy rozważałam za i przeciw doszłam do wniosku, że zamówię. Spytałam brata i taty jaką chcą. Po bardzo długich negocjacjach w końcu doszliśmy do kompromisu. Zamówiliśmy, tzn. ja zamówiłam, pizzę z pieczarkami i szynką. Kiedy tak sobie czekałam na dostawcę, chodziłam po salonie i szukałam… Nie wiem czego, po prostu wzięła mnie ochota na szukanie! Znalazłam. Co? Sierść. Ale nie psią, nie króliczą, taką inną. Nie z mojego domu. Wzięłam ją, i się jej przyjrzałam. Na pewno to nie była sierść moich zwierzaków, nie czesałam ich w domu, nawet one się nie lenią. Więc czyja? Z zamyśleń wyrwał mnie dźwięk dzwonka. Odruchowo schowałam sierść do kieszeni, otworzyłam drzwi. Po drugiej stronie stał mój sąsiad.
-To ty pracujesz w pizzeri?
-Tak, już od 2tygodni. 20,80zł poproszę
-Już daję. I jak ci się pracuje?
-Super, dzięki. Proszę to twoje, jeszcze sosy – wyciągnął karton pizzy wręczył mi w ręce, na nim położył sosiki – życzę smacznego – i rzucił mi firmowy uśmiech.
-Dzięki. Miłego dnia – odwzajemniłam uśmiech, po czym zamknęłam chamsko drzwi.
Przyniosłam pizze na stolik, w salonie. I patrzyłam się dziwnie w tą pizze.
-Tak Rox, to jest pizza. Wiem, że w dzieciństwie nie poświęcałem ci wiele czasu, ale miałem nadzieję, że aż tak wielkich potem braków nie będziesz miała – zrobił bardzo dziwną minę.
-Tato wiem jak wygląda pizza.
-To ją opisz.
Otworzyłam pudełko i odparłam:
-Właśnie tak, ile kawałków.
-3. Zdałaś test.
-Ja też 3! – wykrzyczał mój brat, zbiegając ze schodów.
-Ty ledwo zjadasz 2! – nałożyłam mu te dwa, a sobie resztę.
Sosy też położyłam na stole i posmarowałam swoje kawałki czosnkowym. Kiedy już wszyscy się objadli to ja poszłam do kuchni zmywać. Za mną wszedł tato.
-O której jutro wychodzisz?
-Gdzie?
-No… Na imprezę do Marg…? – to było zdanie twierdzące zakończone znakiem zapytania.
-Aa! Zapomniałam zupełnie o tym! Dziękuje, że przypomniałeś.
-Więc?
-Co więc?
-O której wychodzisz! Ocknij się!
-Przepraszam, jestem troszeczkę rozkojarzona…
-Zauważyłem.
-W każdym bądź razie, wychodzę o 12.
-Tak wcześnie?
-Pomogę jeszcze w przygotowaniach etc.
-O której wrócisz?
-Jak wstanę.
-Ok., to poczekam z ciocią.
-Ciocia… - zrobiłam zniesmaczoną minę.
-Zmieniła się, obiecuje.
-Tsa… Idę na górę, położę się spać. Jestem zmęczona. Dobranoc – pocałowałam go w policzek
-Nie zapomnij się umyć! – krzyknął jak wychodziłam z kuchni.
-Coś sugerujesz?
-Nie, wcale… - zrozumiałam tę nutkę sarkazmu.
Poszłam na górę, przed otworzeniem drzwi od łazienki miałam małe wątpliwości. Bałam się, że powtórzy się wczorajsza noc. Ale raz kozie śmierć, idę się myć! Mój smród przewyższył strach! Weszłam do środka, zamknęłam się na klucz, tak dla ostrożności. Sprawdziłam kilka razy dla pewności, czy mogę się spokojnie umyć. Jednak dla pewności przyłożyłam krzesło do klamki. Teraz już mogę, jednak miałam dziwne przeczucie, że nie jestem sama, bałam się, że jestem obserwowana…

czwartek, 12 stycznia 2012

Rozdział III

-Ciocia Klara do mnie przyjeżdża. – powiedziałam od tak, w ogóle nie na temat.
-Co? Ale jak? – powiedziała Marg.
-Boże… Tylko nie ona! – zbulwersowała Elis.
-No niestety właśnie ona…
-Delegacja? – powiedziały obie jednocześnie.
-Tsa…
-Eh… - jęknęła Elis i spojrzała na mnie tak ze współczuciem i smutkiem na raz.
-Zakupy poprawią humor? – rzuciła Marg.
-Mi tak, a tobie? – powiedziałam do Elis.
-No pewnie! – rzuciła
Pozostawiłyśmy po sobie tylko syf. Wsiadłyśmy do mojego niezawodnego garubiska. Pojechałyśmy prosto do centrum. Straciłyśmy dobre parę godzin w nim na znalezienie swoich upragnionych kiecek. Marg, kupiła miniówę, beżową, przeplataną czarnym materiałem, a w pasie beżowy pasek z czarnymi kamykami, wszystko pod kolor. Ładne czarno-srebrne kolczyki łezki i bransoletki na rękę. Buty na wysokim obcasie, czarne, sznurowane, takie jakie są teraz modne. Elis została przy swoim stylu więc wybrała czarno-fioletową kieckę. Czarny gorset i pierwsza część falbowanych zakończeń, a spod nich wychodziły fioletowe. Była przyzwoicie krótka. Do tego czarne podarte rajtuzy i wysokie fioletowe conversy. Wbrew pozorom wygląda to zajebiście. Ja miałam największy problem, bo w ogóle nie miałam w głowie pomysłu na sukienki, a coś musiałam znaleźć. Najwięcej czasu straciłyśmy właśnie na mnie. Ale w końcu wybrałam dla siebie czarna sukienka, dekolt w serek i czarną wstążką na biodrach. Od ud w dół wycięcie w którym widać moje zgrabniutkie nóżki, i złote szpilki. Zakupy uważałyśmy za udane. Wszystkie odwiozłam do domu i sama z garbusikiem wróciłam do swojego. Tato gdy mnie zobaczył z zakupami od razu kazał zademonstrować się w sukience, pobiegłam na górę, przebrałam się i zeszłam na dół. Pobawiłam się trochę w modelkę. Mojemu tacie bardzo podobała się sukienka, to już jakiś plus. Na środku pokoju zatańczyłam z tatą walca, i w tedy właśnie doszłam do wniosku, że kupiłam sobie idealne buty do tańca. Usłyszałam parę miłych słów od taty, na temat wyglądu i tego, że jestem taka dorosła itd. Kiedy wchodziłam do swojego pokoju na piętrze tata zatrzymał mnie.
-Słuchaj Rox. – zaczął – jadę teraz ze zwierzakami…
-Z Damienem też?
-Też, też. Jadę z nimi do weterynarza… Ze zwierzakami, nie z Damienem.
-Jedno zaprzecza drugiemu…
-Nie ważne. Nie wiem o której wrócę, weterynarz jak zwykle będzie miał dużo roboty przy nich.
-A szczególnie, że Damien ma takie ADHD, nie usiedzi na stole i nie da się zbadać.
-Udam, że nie słyszałem.
-Jak chcesz. Idę się przebrać.
Weszłam do swojego pokoju, ubrałam się po domowemu, czyli bluzka męska z krótkim rękawem i dresy. Włosy związałam w byle jakiego koka. Kiedy siadałam do komputera to usłyszałam jak tato wychodził, więc już byłam sama w domu. Kiedyś nie przejmowałam się tym zbytnio, ale teraz ta samotność mnie przytłaczała. Weszłam sobie na jakieś blogi, o miłości, pierwszych pocałunkach i ble, ble, ble… Kiedy tak czytałam usłyszałam jakieś korki w salonie. W pierwszym momencie wpadła mi myśl: Jackob. Ale on był u weterynarza, razem z tatą i reszta ZOO. Teraz to się trochę zlękłam. Odeszłam od komputera, stałam na środku pokoju i patrzyłam się w drzwi. Po chwili ocknęłam się ze strachu, ponieważ doszłam do wniosku, że stojąc tak na środku pokoju wyglądam jak ostatni kretyn! Wzięłam to co miałam pod ręką, a raczej to co leżało na biurku. Otworzył drzwi nie wydając żadnych zbędnych dźwięków. Zauważyłam jakąś sylwetkę przy sofie. Była dziwna, taka nie ludzka, zniekształcona. Dopiero teraz przyszło mi do głowy żeby sprawdzić co mam przy sobie. Na ziemi leżał pasek do spodni, którego szukałam dzisiaj rano, a ogółem to wzięłam ze sobą mój telefon, pomadkę i dyktafon... No pięknie, mam pokonać jakiegoś włamywacza pomadką?! Dobrze, że nikogo nie ma w domu (po za tym czymś), bo bym wyszła na kretynkę. Chociaż nie… Nie dobrze że jestem sama! Ale muszę sobie jakoś poradzić, nie mam już pięciu lat i nie położę się na ziemi, nie będę płakać i krzyczeć, że chce do mamy… Właściwie, to ja chce do mamy! Od jedenastu lat mam takie uczucie, że będę płakać i krzyczeć: „Ja chce do mamy, ja chce mamę! Przyprowadźcie mi ją tu i teraz”, i w tedy ktoś mi ją przyprowadza i jest jak dawniej… Ale to tylko moja wizja tego, teraz nie będę nad tym rozmyślała, bo mnie jeszcze głowa zacznie boleć. A tak w ogóle to po domu chodzi mi coś co ani trochę nie przypomina człowieka, a ja się tak co chwila rozpraszam! Dyktafon obwiązałam gumką do włosów, którą ściągnęłam z głowy, i zaczepiłam ją do mojego paska. Spuściłam to przez barierki, które oddzielały mnie od podłogi na parterze… Oczywiście dyktafon włączyłam, nie należę do ludzi wybitnie mądrych, ale także nie należę to krytycznie głupich. W moim telefonie włączyłam aparat. Cyknęłam parę zdjęć i nakręciłam filmik. W sumie to nie wiem po co to wszystko zrobiłam. W pewnym momencie dostałam sms, osoba popatrzyła się w moją stronę. Ja szybko schowałam się za ścianą, nie mogłam wstać, bo by mnie zobaczyła i może porwała, zabiła! Miałam już czarne myśli. Kolana miałam przyciągnięte do klatki, i starałam się nie wydawać żadnych dźwięków, wolno oddychałam, prawie wcale, w myśli obiecałam sobie, że osobie której zachciało się do mnie napisać, zrobię bardzo wielką krzywdę. Usłyszałam syk… Koci syk… Chyba to się nazywa syk… W każdym bądź razie to było bardzo kocie! Potem słyszałam tylko „tup tup tup”, i trzaśnięcie drzwiami. Wyprostowałam nogi, wzięłam jeden głęboki oddech. Wbiegłam do pokoju i wyjrzałam przez okno, nikogo ani niczego podejrzanego nie widziałam. Tylko mojego sąsiada, w którym byłam bardzo zakochana od podstawówki, ale bałam się zagadać. Wchodził do domu, nie było to podejrzane, bo zawsze wracał o tej godzinie do domu. Zbiegłam na parter, wyłączyłam i schowałam do kieszeni dyktafon. Pociągnęłam za pasek i odłożyłam go na kanapę. Chodziłam po tych samych miejscach co to coś, ale nic ciekawego nie znalazłam. Wróciłam do swojego pokoju. Wgrałam na komputer zdjęcia i filmik. Zaczęłam je obrabiać, tak żebym cokolwiek widziała, bałam się skończyć pracy i zobaczyć efektu, a jeszcze bardziej bałam się odtworzyć nagranie. Kiedy jedno ze zdjęć skończyłam obrabiać (przydały się te wszystkie kursy o fotografowaniu itp.) to wynik mnie zszokował! Z paniki zamknęłam laptopa, wbiegłam na łóżko usiadłam i czułam się dziwnie. Trzęsłam się ze strachu, nerwowo spoglądałam na zegarek. „Kiedy wróci tato?”, tylko powtarzałam w myślach…

środa, 11 stycznia 2012

Rozdział II


Przebudziłam się nad ranem. Rozejrzałam się po pokoju i zastanawiałam się co to mogło być. Wiatr na pewno nie, miałam ochotę zobaczyć w Google, ale co wpiszę, „wiatr który wkrada się przez okno i przewraca pokój do góry nogami”? Bezsensu… Włączyłam komputer, ledwo co dałam się na dostępny, już konferencja na skejpie. Odebrałam i przywitał mnie miły głos Elisabeth.
-Witaj śpioszku – i w tedy zobaczyłam że nie jest tak rano, jak uważałam – Co to, tak wcześnie się położyłaś?
-Nie, nie… Po prostu, nie mogłam spać.
-Coś Ciebie męczy? – usłyszałam w głośnikach zatroskany głos Elis, uwielbiałam ją za to, że tak się martwi.
-Mnie? Tak! Nie mam w co się ubrać! A.. Rozumiem, to było do Roxany, która cierpi na bezsenność, a o biednej Margarett nikt nie pomyśli! Bez serca jesteście dziewczyny!
-Wybacz nam… A ta twoja nowa turkusowa kiecka? – zadałam to pytanie retorycznie, bo wiedziałam jaka będzie odpowiedź.
-No chyba sobie kpisz! Nie bez powodu zapraszałam Erika żeby ubrać się w byle co! To musi być coś.. No wiecie! Ostrego! – uwielbiała to słowo, nie wiem co w nim było ale ona go stanowczo nadużywała – Coś takiego, że jak mnie zobaczy to mu kopara opadnie.
-A nie mogłabyś go oczarować swoją osobowością. To będzie lepsze od sukienki z dekoltem do pępka i odsłaniającą cały zadek – odpowiedziała Elisabeth, popierałam ją, ale wolałam przemilczeć.
-Ale z Ciebie nudziara! – mówiąc to ziewnęła do mikrofonu.
-Lepsze to niż chodzenie po szkole i zarywanie do nauczycieli! – krzyknęła Elis.
Wyłączyłam głośniki. Nie miałam ochoty słuchać ich kłótni. To było chamskie, wiem, powinnam je uspokoić itp. Ale nie mieszam się w cudze sprawy. Podczas gdy one się kłóciły zarzuciłam, na siebie bluzkę trzy rozmiary za dużą i dresy. Powiedziałam, że idę do kuchni po herbatę, nie usłyszałam odpowiedzi, bo głośniki dalej wyłączone. Zeszłam na dół, zobaczyłam że u mojego braciszka są już te małpiszony. Więc szybko przebiegłam do kuchni, podczas gdy oni oglądali Power Rangers. Jak można to oglądać?! Kiedy weszłam do pomieszczenia, włączyłam wodę żeby się zagotowała. Nagle wszedł tato i mnie wystraszył.
-Przepraszam, nie chciałem – odezwał się w końcu.
-Co się stało? – normalnie by się śmiał, więc coś musiało być nie tak.
-Dzwonili z pracy – odpowiedział  niechętnie.
-Na ile?
-Co?!
-Skoro dzwonili z pracy, a ty chodzisz smutny, to znaczy że masz delegację. Więc pytam na ile – mówiąc to szukałam mojej ukochanej herbatki, cytrynowej.
-W szafce z makaronami… A wracając do tematu, to na miesiąc.
-Czyli powiadasz, że przez miesiąc będziemy sami? – miałam taką cichą nadzieję
-Nie do końca…
-Mam już 17 lat! Zajmę się Damienem, bez niczyjej kontroli!
-Wiem, wiem. Masz już 17 lat, a tak dokładniej to 17 i pół. Ale boję się Was zostawić tu samych, przecież sama wiesz co się dzieje w naszym mieście.
-Tak wiem… - odpowiedziałam, choć naprawdę nie wiedziałam o co mu chodziło.
-Więc jutro o 20 wyjeżdżam, ciocia Klara będzie o 12.
-CIOCIA?!?! – zdziwiłam się – tak czy siak wracam jutro po południu. Więc nie czekajcie na mnie z obiadem… Zjem na mieście.
-Gdzie masz zamiar zjeść?
-Gdziekolwiek! Byle nie z nią, w pierwszy dzień mam się dowiedzieć że jem jak świnia? Będę miała jeszcze na to calutki miesiąc – powiedziałam zażenowana całą sytuacją – Idę do pokoju, dziewczyny czekają.
-Ok. Miłego dnia.
-Dzięki, nawzajem.
Pobiegłam na górę. Zatrzasnęłam drzwi, włączyłam głośnik.
-Jestem.
-Nareszcie, ile można czekać?! – przywitała mnie Marg. Po czym dodała – Za dwie godziny na zakupy, chyba pamiętasz?
-Tak… Tak… – odparłam
-Wszystko ok.? – zapytała mnie Elis.
-Jak zawsze, a nawet lepiej. – włączyłam gadu.
-Ok. To do zobaczenia za dwie godziny. Muszę się jeszcze jakoś ubrać. – powiedziała Margarett.
-Ok, narka. – powiedziałam, po czym się rozłączyłam.
Wiadomość na gadu, od Elis.
-Co się z Tobą dzieje?!
-Mój tata wyjeżdża w delegacje. Wraca za miesiąc. Do tego coś się złego dzieje.. Czuje to!
-R… O czym ty do mnie mówisz?! – często mówiła do mnie inicjałem imienia
-Musimy się spotkać. To nie rozmowa na gg.
-Ok. Pogadamy wieczorem po imprezie, pasi?
-Pasi i to bardzo. A na razie mówię ci papa.
-Papa.
Spojrzałam na zegarek. Wskazywał 11:45. Poszłam do łazienki, umyłam się, ubrałam. Spojrzałam w lusterko, poprawiłam kredką oczy, pomalowałam rzęsy maskarą (bądź maszkarą, tak jak mówiłyśmy razem z Elis.) Moje długie blond włosy wyglądały potwornie. Zawsze były proste, tak jak by używała prostownicy, ale były takie naturalnie. Dzisiaj zaczęły się wywijać, nie podobało mi się to. Związałam je byle jak w kok i zbiegłam na dół. Spakowałam do torebki potrzebne rzeczy, zarzuciłam kurtkę, owinęłam się szalikiem. Sięgnęłam po kluczki do garbuska, wychodząc rzuciłam szybko:
-Wychodzę, nie wiem o której będę.
-Na razie. – usłyszałam zaspany głos taty.
Weszłam do mojego garbusika. Spojrzałam na zegarek, pokazywał 12:30. Akurat dojadę na czas. Zastanowiłam się co powiem wieczorem Elis, że zaatakował mój pokój wiatr?! Przecież ona weźmie mnie za wariatkę. O ile już o mnie tak nie myśli. No cóż, pomyślę jak się spotkamy. Przekręciłam kluczyk, włączyłam radio. Akurat trafiłam na wiadomości:
„Zaginęło dwójka nastolatków. Michael D. oraz Erin S. Zaginęli tamtej nocy […] W pokoju nastolatków jest straszny bałagan […] Ucieczka została wykluczona […] Szukamy dalej sprawcę” – Właśnie zrozumiałam o czym mówił tato.
Oby dwoje chodzili do mojej szkoły. Byli w 3 klasie. W pokoju był bałagan, i to przydarzyło mi się wczoraj… O matko! Jak dobrze, że lubię się myć! Gdyby nie to, nie wiadomo co by się stało. Ale… Co to kurwa było? Dojechałam pod park, już czekały na mnie dziewczyny i wskoczyły mi do samochodu. Oczywiście Marg usiadła z przodu, a Elis na tylnim siedzeniu.
-No heeej. To gdzie najpierw jedziemy? – zapytała Marg
-Starbucks? – odpowiedziała Elis.
-No okej – powiedziałyśmy chórem.
Podczas drogi było bardzo wesoło, śpiewałyśmy piosenki które leciały w radiu i takie tam podobne. Kiedy dojechałyśmy na miejsce wyłączyłam garbusa, weszłyśmy do środka, rozgościłyśmy się na naszych ukochanych fotelach i zaczęłyśmy zastanawiać się co bierzemy. W końcu doszłyśmy do wniosku – gorąca orzechowa czekolada i ciacho na zagrychę.

czwartek, 5 stycznia 2012

Rozdział I


Stoję przy swojej szafce w szkole, i staram się nie zwariować. Po prawej stoi Elisabeth, która bez przerwy nawija mi o Justinie Biebierze, aż normalnie rzygam nim! Elis, to drobna dziewczyna, z kruczymi włosami do ramion, bujnymi jak nie wiem co! Do tego śliczne brązowe oczy. Jej styl ubierania mnie powala, chodzące EMO! Plusem jest to że się nie tnie. Po lewej stronie stoi Margarett, ona jak zwykle: moda, ciuchy, moda. Dziewczyna chodzący plastik. Po prostu jak się na nią patrzy to nic tylko do sklepu po patelnie i pierdolnąć jej w łeb! Ale i tak się przyjaźnimy. Z Margarett od 1klasy podstawówki, jedna ławka i takie tam, a z Elis od roku. Biedulka, rodzice (znowu) się przenieśli i zmieniła szkołę, była sama jak palec więc postanowiłyśmy ją przygarnąć. Tzn. to był głównie mój pomysł, ale oczywiście Margarett musi być cool, i że to ona na to wpadła. Ale okej, pomińmy ten fakt. Dziewczyny po prostu jak by siebie nie widziały i nie słyszały! W jednym czasie mówią mi o swoich sprawach! Idzie oszaleć… Jak tyle z nimi wytrzymałam? Proste! Nie słucham ich. Raczej myślę o tym nowym chłopaku. Niezłe ciacho. Nagle, zbawienie. Dzwonek! Tak, teraz sobie pomyślicie, ale ostro ma narąbane – cieszy się że ma dzwonek. Postawcie się w mojej sytuacji. Ostatnia lekcja. Na całe szczęście, dłużej bym nie wytrzymała. Luźna, bo religia. Wszyscy siedzą już w ławkach, oczywiście znajomy głos Erika, z tyłu klasy:
- Kto ma dwa podręczniki?!
Oczywiście, wszystkie dziewczyny(po za mną) rzuciły się żeby mu go dać, a on ogląda która najładniej ubrana i właśnie od niej bierze ten podręcznik. Żałosne. Wchodzi ksiądz, już widać że ma zły dzień, bo idzie jak by zaraz miał dokonać egzekucji. Usiadł przy biurku, odpalił e-dziennik (zmora szkoły!) i sprawdza obecność. Zezłościł się na naszą klasę, oczywiście jak zwykle nikt nie wie za co. Dał nam 10 pytań na które mamy odpowiedzieć do końca lekcji, potem zeszyty na biurko. To ja wyciągam telefon, wujaszek Google, i heja! Skończyłam właśnie 10 pytanie, i miałam odpalić gg w telefonie, ale dzwonek. O Kuźwa! Chyba mi coś dzisiaj nie poszło sprawnie… No pewnie dla tego że z dwadzieścia razy przerywano mi, żeby zapytać jaka odpowiedź, a ja jak zawsze odpowiadam kulturalnie. No bo jakżeby inaczej. Spakowałam podręcznik, długopis, zostawiłam zeszyt na biurku, zarzuciłam na siebie płaszcz, opatuliłam się szalikiem i wyszłam ze szkoły. Już miałam włożyć słuchawki w uszy, ale ktoś mnie zatrzymał.
-Hej, Rox.
-O… Erik… Czego chcesz?
-Czy ja muszę czegoś chcieć żeby pogadać z moją ulubioną koleżanką z klasy?
-Hm.. Z koleżanką, i do tego ulubioną! Tak! Czegoś musisz chcieć!
-Ok… W sumie to mam jedno pytanie.
-Yhym…
-Powiedz mi, czemu nigdy Ciebie nie widzę w tym całym tłumie laseczek? Nawet przymulona Elis, tam stoi! A ty?
-Elisabeth nie jest przymulona! Czemu nie stoję? Nie będę się poniżała przed jakimś jełopem!
-U.. Zadziora, lubię takie – właśnie na jego twarzy pojawił się uśmieszek.
-U... Idiota, nienawidzę takich! – i w tym momencie znikł… Oh! Jak ja uwielbiam to robić!
Weszłam na parking, podeszłam to mojego kochane garbusika, weszłam do środka, rozejrzałam się dookoła, Erik dalej stał. Pokazał mi że mam do niego zadzwonić. No chyba sobie śni! Do niego? W życiu! Odpaliłam graciaka i ruszyłam w kierunku DOM. Po 30 minutach byłam na miejscu, nie dla tego że tak wolno jechałam, ale dla tego że tak daleko mieszkam. Stanęłam przed moim pięknym domkiem jednorodzinnym, gdzieś na odludziu. Weszłam do środka, od razu przywitało mnie moje Zoo. Pies, rasy Husky – Jackob. Biedny piesek, nazwałam go w tedy kiedy miałam jazdę na „Zmierzch”, ale to dawno i nie prawda, nie przyznaję Się do tego! Mam jeszcze dwie papugi, jedna żółciutka druga niebieska: Tweedy i Tuko. Królisiek, brązowy, średniego wzrostu: Bobi. No i oczywiście mój młodszy brat, Damien. Jak zawsze, od wejścia mnie wkurzał, więc po prostu udałam że go tam nie ma. Po minie Jackoba zauważyłam, że nie był na dworze. Co ten pies by beze mnie zrobił? Otworzyłam drzwi od tarasu i szybciutko wyleciał na dwór. Mamy duży ogród przed domem, więc ma gdzie się wybiegać, nie tylko on. Bobi, Damien i jego koledzy z ADHD, też z tego korzystają. Napełniłam wszystkim zwierzakom miski żarełkiem i nalałam wody. Mój tato smacznie spał w salonie. Biedaczek, całą noc pracuje, w dzień odsypia i rzadko kiedy ma czas dla siebie. Właśnie zauważyłam, że przez cały czas mam na sobie plecak, szybko rzuciłam go na półkę, i pobiegłam do kuchni. Zastanawiałam się co by zrobić na obiad… Spaghetti, tak to na pewno to na co mam ochotę. Szybko zrobiłam co trzeba, a czekając aż wszystko się dogotuje, wyciągnęłam matmę. 5 minut i już miałam zrobione. Nie jestem żadną kujonką, ale ułamki to banalny temat! Ok, matma zrobiona, więc lekcje wszystkie również. Obiad już doszedł do siebie, więc na talerz i na stół. Wystarczyło zawołać jedno proste słowo „obiad” i cała rodzina na nogach, ze śliniącymi się gębami.
-U.. Spaghetti! – powiedział tato, wszyscy to kochamy.
-Haha, ja szybko nakładam żeby mieć najwięcej dla siebie – mój ukochany samolub zawsze doda swoje trzy grosze.
-A więc, smacznego – rzuciłam, i szybko każdemu nałożyłam makaron i sos.
Kiedy każdy skończył ja zabrałam się do zbierania talerzy.
-Dziękuje, Roxana. Co my byśmy bez Ciebie zrobili? – Stwierdził tato.
-Nie wiem, ale długo byście nie pociągnęli na Fast foodach.
-Tak bardzo przypominasz mi Twoją matkę.
Nic nie odpowiedziałam… Po mojej mamie ślad zaginął jak miałam 6 lat, a mój brat roczek. Obiecałam sobie w tedy że jak dorosnę spróbuję ją znaleźć, ale wiem że teraz już to bez sensu. Już jest 11 lat po jej zaginięciu… Tato zauważył, że to dalej dla mnie trudny temat i szybko dodał:
–Ja idę dalej spać, jak byś potrzebowała pomocy, daj znać. Wiesz gdzie mnie znaleźć – Uśmiechnął się.
-Na pewno się zgłoszę. – Powiedziałam i szybko dokończyłam to co zaczęłam.
Dalej mi jej brakuje. Pozmywałam naczynia i poszłam do siebie na górę. Ulżyło mi jak pomyślałam że jutro weekend. A jeśli weekend to impreza u Marg. Znowu będą się lały litry wódy, a ja jako jedyna (nie licząc Elis) będę trzeźwa. Muszę zachować trzeźwy rozum, gdyby nie ja to Marg, straciłaby dziewictwo już z milion razy! Wydaje mi się, że można stracić tylko raz, ale po niej można się wszystkiego spodziewać. Włączyłam mojego laptopa, uruchomiłam gadu-gadu, i czekałam na nowe ciekawostki ze świata mody i Justina Biebera. Weszłam na facebook’a, poczytałam posty, pośmiałam się z tekstów typu „ale wczoraj było”… Zawsze mnie to bawiło. Po chwili zobaczyłam że Erik jest na gadu, a to znaczy nieszczęście. Nie zdążyłam niestety dać się na niewidoczny i napisał do mnie..
-Hej.
-Czego?
-Z kim jutro idziesz na imprezę.
-Na pewno nie z Tobą.
-Skąd w Tobie tyle złości?
-Wrodzona nienawiść do takich dzieci jak ty.
-Takich jak ja? Czyli?
-Niedorobionych…
-Aha, no ok… Bo miałem zamiar iść z Tobą…
-Haha. Ze mną?! A co z Jess.? Olała Ciebie? Haha
-My nawet razem nie byliśmy… Ale podczas kłótni powiedziałem że jej nie potrzebuje i mam z kim iść.
-I co? Mam udawać twoją ex? Niedoczekanie…
-Nie ex! Na pewno nie! Ale mogłabyś poudawać że mnie lubisz i że chcesz ze mną pójść…
-Niedoczekanie..
-Okej, ale na pewno się nie poddam.
Już mu nawet nie odpisałam, wolałam się zająć przyjaciółkami. Umówiłyśmy się na 13, na zakupy. Już się nie mogę doczekać! Spojrzałam na zegarek: 22:05. Ok, wyłączyłam komputer, poszłam wziąć długą odprężającą kąpiel. Siedziałam w wannie, czytając moją ukochaną książkę. Nagle usłyszałam jakieś hałasy w moim pokoju:
-Damien! Jeśli to ty, to w moim pokoju nie ma tej gry którą Ci zabrałam! Gdybyś się słuchał, jak na człowieka przystało nie byłoby problemu! A teraz zjeżdżaj do pokoju, i kładź się spać gówniarzu! – ku mojemu zaskoczeniu, odpowiedziała mi cisza… Spodziewałam się raczej pyskówy, jaka to ja wredna siostra i w ogóle. Zdziwiłam się. Wyszłam z wanny, ubrałam w piżamę i weszłam do pokoju. O Boże! Co za burdel! To znaczy, nie to żeby wcześniej było jakoś czyściej, ale przecież nie było aż tak źle… Zobaczyłam że okno jest otwarte na szerokość. Wychyliłam się, w sumie nie wiem czego się spodziewałam, ale zobaczyłam tylko ciemność. No tak. Podniosłam szafkę, poukładałam wszystko byle jak i położyłam się do łóżka, tłumacząc sobie, że to wszystko wiatr.. Choć sama wiedziałam że to kłamstwo.