Kiedy tak myłam się usłyszałam jak ktoś lub coś szarpie za moją klamkę. Ale to tak jakby cały dom się palił a ta łazienka miała być jedynym miejscem które się nie spali. Szarpał za nią jak by to miało sprawić, że zamek się otworzy. Wyszłam z wanny, owinęłam się ręcznikiem i wpatrywałam się w drzwi. Dokładniej patrzyłam się na klamkę, komuś widocznie bardzo zależało żeby się tu dostać. Ja po prostu stałam i patrzyłam, bałam się odezwać, cokolwiek zrobić. Bałam się, że to coś co było u mnie popołudniu tutaj teraz do mnie wróciło i chciało mnie pożreć. Kiedy to ustało, podeszłam do drzwi, przyłożyłam do nich ucho. Usłyszałam czyjeś sapanie, zakryłam sobie ręką usta, jakby to miało sprawić, że przestanę wydobywać dźwięki. Nagle to coś rzuciło się na te drzwi. Mnie odrzuciło na ścianie, zsunęłam się po niej, patrzyłam się na te drzwi i płakałam. Cicho łkałam, bałam się. Co teraz ze mną będzie?! Jutro impreza, a ja tu mam zginąć? W łazience, prawie naga! Zawsze myślałam, że będę umierała przy boku ukochanej osoby itp. I w tedy to coś po raz kolejny uderzyło w drzwi. Aż się wystraszyłam, serce zaczęło mi szybciej bić. Spodziewałam się kolejnego rzutu na drzwi… Siedziałam, gapiłam się na białe drzwi łazienkowe i czekałam… Czekałam aż coś tu wejdzie. Zrobiło się cicho, wstałam, próbowałam opanować drganie całego ciała. Trzęsłam się potwornie, czułam, że adrenalina, którą dzisiaj dostałam wystarczy mi do końca roku. A może nawet dłużej! Podeszłam znowu do drzwi i znowu słuchałam, czy ktoś tam jest. Nie słyszałam nic, tylko szum za oknem, co było dziwne, bo okno zamykałam przed pójściem do łazienki. Odsunęłam bezszelestnie krzesło i znowu przystawiłam ucho do drzwi. Dalej nic nie słyszałam, w trybie błyskawicznym narzuciłam na siebie piżamę i wzięłam do ręki pilnik. Tak naprawdę nie wiedziałam, w czym ten pilnik ma mi pomóc, ale wzięłam go w przypływie emocji. Złapałam klamkę, była zimna, jak klamka… Zawahałam się, ale jednak szybkim ruchem ją pociągnęłam i otworzyłam drzwi. W pokoju było jasno, wszystko stało na swoim miejscu, nie było bałaganu. Zamknęłam drzwi za sobą, były lekko porysowane, w pewnych miejscach pęknięte. Myślałam, że będą wyglądały gorzej. Więc jest już jakiś plus. Rozejrzałam się jeszcze po całym pokoju, i podbiegłam do biurka. Pilnik odłożyłam na miejsce, otworzyłam jedną z szafek. Wszystko było na miejscu, niczego nie brakowało. Złapałam za czerwone pudełko, które było w samym środku. Na szczęście zawartość tego pudełka się tam dalej znajdowała. Trzymałam w nim pierścionek zaręczynowy mojej mamy. Nigdy nie miałam odwagi go założyć, jak go widziałam zawsze płakałam, przypominają mi się wszystkie scenki z mamą, jak bawiła się ze mną na placu zabaw, i ten pierścionek był na jej palcu. I wiele innych… Chcę go zostawić na ważniejszą okazję, prawdopodobnie założę go na studniówkę, ale boję się, że go zgubię. Mam jeszcze rok na zastanowienie. Ale jednak przymierzyłam go, pasował idealnie. Łzy napłynęły mi do oczu, widziałam przed sobą obraz mojej mamy jak czyta mi na dobranoc. Szybko go ściągnęłam, włożyłam do pudełka, odłożyłam na miejsce i otarłam łzę. Usiadłam na łóżku, złapałam za pamiętnik. Zauważyłam, że brakuje w nim kartki. Kartki na której zapisałam dokładne dane z zaginięcia mamy, wszystkie moje wycinki z gazet. Wszystko zginęło! Nie było w nim już ani słowa o mamie. Nic, zero! Ktoś ukradł mi moją mamę! Kartki pachniały jej perfumami jeszcze… Były jej zdjęcia, ulubione słowa… Wszystko o niej, i gdzie to teraz jest?! Wyjrzałam przez jeszcze otwarte okno, jedyne co widziałam to ciemność. W pewnym momencie ŁUP! Gołąb we mnie wleciał. Usiadłam pod oknem, serce zaczęło mi szybciej bić, nie mogłam złapać oddechu. Kiedy już wyluzowałam, zamknęłam okno i podeszłam do okna. Przez środek twarzy przechodziła rana… Nad prawym okiem, przez nos i lewy policzek. Leciała mi krew, złapałam apteczkę, którą miałam w łazience, oczywiście wahałam się czy wejść do łazienki, dziwne rzeczy się dzieją w pokoju jak tam siedzę… Ale jednak smak mojej krwi, przekonał mnie, że muszę to jakoś opatrzyć. Przemyłam wodą utlenioną, nakleiłam kilka plastrów, ale je odkleiłam, bo doszłam do wniosku, że wyglądam jak straszydło z nimi. Położyłam się do łóżka, i momentalnie usnęłam.
Obudziłam się rano. Narzuciłam bluzę na siebie, bo było chłodno. Zeszłam na dół, zrobiłam jajecznicę, usiadłam na sofie i zastanawiałam się gdzie jest tato, powinien tu być… Kiedy zjadłam śniadanie talerz i widelec wrzuciłam do umywalki i poszłam do pokoju taty. Wszystko było ładnie zaścielone, posprzątane, na błysk. Ale że co? Już wyjechał? Bez pożegnania? Przecież miał jutro… Jutro miała ciocia przyjechać i to jutro miał wyjechać. Co on robi? A z resztą gdyby wyjechał to ciocia już by tu była… Poszłam do pokoju Damiena, stawiałam na to, że bawią się razem, ale u Damiena też zastałam porządek, pościelone łóżko, co nie jest do niego podobne. Wyszłam z pokoju, stałam na środku przedpokoju i krzyczałam: „Tato gdzie jesteś? Nie zostawiaj mnie! Jesteś mi potrzebny! Nie! Proszę nie ty!...” Wybiegłam przed dom, u żadnego sąsiada światło się nie paliło, podbiegłam do mieszkania najlepszej przyjaciółki taty. Zaczęłam dzwonić, walić, kopać w drzwi, krzyczeć. Nikt mi nie otworzył. Zsunęłam się po drzwiach. Zaczęłam płakać. W pewnym momencie, na środku drogi zobaczyłam postać, stała i patrzyła się na mnie. Podniosłam moją dupę, wytarłam łzy i chciałam do niej podejść. Ona gdzieś uciekła.
- Ej! Czekaj! – zdołałam tylko zawołać, przed kolejną porcją płaczu.
Już miałam usiąść na środku drogi, zacząć płakać, użalać się nad swoim losem, ale wzięłam się w garść.
- To nie ta Roxana, którą znam! – powiedziałam do siebie – weź się w garść! – strzeliłam sobie liścia – Tak lepiej, trzeba było od razu tak zrobić.
Poszłam w ślad za tą postacią… Szłam przed siebie i szłam i szłam, i nie wiedziałam gdzie idę. Jeszcze przed chwilą była to moja dzielnica, w której się wychowałam, a teraz to zupełnie nie znane mi miejsce. Zatrzymałam się, rozglądałam i szukałam wokół jakiś ludzi. Bałam się, że już zostanę na zawsze sama, albo że nie żyję, i jestem w jakimś piekle. Ale zobaczyłam tą postać, która stała wcześniej na drodze. Szła w moją stronę, zatrzymała się jakieś 5 metrów ode mnie. Kiedy ja zrobiłam krok w przód, ona dwa do tyłu. I tak ciągle.
- Kto ty? – zdołałam wykrztusić siebie – co się stało? Gdzie są wszyscy?
W odpowiedzi dostałam tylko diabelski śmiech, nagle ci „wszyscy” zaczęli wychodzić, to na dachach stali, to w z okien wyskakiwali, lub po ulicy szli. Wyglądali znajomo, jak moi sąsiedzi, ale coś jednak było nie tak. Mieli… Tak! Oni mieli ogony! Wyglądali jak… Jak to coś co stało w moim pokoju. Bałam się, cała trzęsłam się ze strachu, lecz nie chciałam żeby oni o tym wiedzieli. Co niektóre postacie na mnie syczały. Myślałam że zaraz mnie zaatakują. W tłumie zobaczyłam tatę, brata i… Mamę! To była mama! Oni też tacy byli. Chciałam do nich podbiec i rzucić się im na szyję.
-Stój! – krzyknął mój tata, ale takim suchym, pustym głosem.
-Tato? – powiedziałam przez łzy.
-Nie jestem twoim ojcem – spojrzał na mnie zimnymi oczami – Brać ją! – krzyknął jak jakiś generał do swojej armii.
Wszystkie stwory ruszyły w moją stronę.
-Nie!... Czemu?!... Co ja ci zrobiłam?… Dlaczego mi do robisz?... – wołałam przez łzy.
Mój tato zaczął śmiać się, jak jakiś król zła, diabeł, zło wcielone. Moja mama tak samo, mój brat patrzył się na mnie z nienawiścią w oczach. Po prostu zabijał mnie wzrokiem! Czułam jak strach wyżera mnie od środka, a od zewnątrz te stwory. Spojrzałam mojej mamie głęboko w oczy, to nie była ta sama osoba co 11 lat temu, i w tedy… Znalazłam się z powrotem w moim łóżku! Miałam szklankę w oczach, spojrzałam na zegarek, wskazywał 12 w nocy. Bałam się, cała się trzęsłam, lecz resztką sił, wstałam z łóżka, zbiegłam na dół. Weszłam po cichu do pokoju taty. Na całe szczęście dalej tam siedział, zamknęłam drzwi i ruszyłam do kuchni. Nalałam sobie zimnej wody, wypiłam. Szklankę odstawiłam do zlewu. Wróciłam na górę. Ustawiłam budzik na 7:30, i położyłam się spać… Bałam się, że koszmar wróci i skończy się dla mnie bardzo źle, lecz zmęczenie wygrało… Usnęłam…
- Ej! Czekaj! – zdołałam tylko zawołać, przed kolejną porcją płaczu.
Już miałam usiąść na środku drogi, zacząć płakać, użalać się nad swoim losem, ale wzięłam się w garść.
- To nie ta Roxana, którą znam! – powiedziałam do siebie – weź się w garść! – strzeliłam sobie liścia – Tak lepiej, trzeba było od razu tak zrobić.
Poszłam w ślad za tą postacią… Szłam przed siebie i szłam i szłam, i nie wiedziałam gdzie idę. Jeszcze przed chwilą była to moja dzielnica, w której się wychowałam, a teraz to zupełnie nie znane mi miejsce. Zatrzymałam się, rozglądałam i szukałam wokół jakiś ludzi. Bałam się, że już zostanę na zawsze sama, albo że nie żyję, i jestem w jakimś piekle. Ale zobaczyłam tą postać, która stała wcześniej na drodze. Szła w moją stronę, zatrzymała się jakieś 5 metrów ode mnie. Kiedy ja zrobiłam krok w przód, ona dwa do tyłu. I tak ciągle.
- Kto ty? – zdołałam wykrztusić siebie – co się stało? Gdzie są wszyscy?
W odpowiedzi dostałam tylko diabelski śmiech, nagle ci „wszyscy” zaczęli wychodzić, to na dachach stali, to w z okien wyskakiwali, lub po ulicy szli. Wyglądali znajomo, jak moi sąsiedzi, ale coś jednak było nie tak. Mieli… Tak! Oni mieli ogony! Wyglądali jak… Jak to coś co stało w moim pokoju. Bałam się, cała trzęsłam się ze strachu, lecz nie chciałam żeby oni o tym wiedzieli. Co niektóre postacie na mnie syczały. Myślałam że zaraz mnie zaatakują. W tłumie zobaczyłam tatę, brata i… Mamę! To była mama! Oni też tacy byli. Chciałam do nich podbiec i rzucić się im na szyję.
-Stój! – krzyknął mój tata, ale takim suchym, pustym głosem.
-Tato? – powiedziałam przez łzy.
-Nie jestem twoim ojcem – spojrzał na mnie zimnymi oczami – Brać ją! – krzyknął jak jakiś generał do swojej armii.
Wszystkie stwory ruszyły w moją stronę.
-Nie!... Czemu?!... Co ja ci zrobiłam?… Dlaczego mi do robisz?... – wołałam przez łzy.
Mój tato zaczął śmiać się, jak jakiś król zła, diabeł, zło wcielone. Moja mama tak samo, mój brat patrzył się na mnie z nienawiścią w oczach. Po prostu zabijał mnie wzrokiem! Czułam jak strach wyżera mnie od środka, a od zewnątrz te stwory. Spojrzałam mojej mamie głęboko w oczy, to nie była ta sama osoba co 11 lat temu, i w tedy… Znalazłam się z powrotem w moim łóżku! Miałam szklankę w oczach, spojrzałam na zegarek, wskazywał 12 w nocy. Bałam się, cała się trzęsłam, lecz resztką sił, wstałam z łóżka, zbiegłam na dół. Weszłam po cichu do pokoju taty. Na całe szczęście dalej tam siedział, zamknęłam drzwi i ruszyłam do kuchni. Nalałam sobie zimnej wody, wypiłam. Szklankę odstawiłam do zlewu. Wróciłam na górę. Ustawiłam budzik na 7:30, i położyłam się spać… Bałam się, że koszmar wróci i skończy się dla mnie bardzo źle, lecz zmęczenie wygrało… Usnęłam…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz