czwartek, 26 stycznia 2012

Rozdział VII

Obudziłam się rano na kanapie w salonie Marg, strasznie bolała mnie głowa. Chciałam wstać, ale coś mnie powstrzymywało, ciało odmawiało mi. Rozejrzałam się po całym mieszkaniu, było wszystko posprzątane, i nikogo wokół. Jedyne co mogłam w tym momencie zrobić to usiąść na kanapie. To już jakieś postępy. Rozejrzałam się jeszcze raz, czyściutko, czy aby na pewno ta impreza była wczoraj? Zobaczyłam swoją torebkę, w momencie dostałam siły, sprawdziłam co w środku jest, jakaś koszulka, buty, kluczyki etc. Wyszłam z domu, stanęłam na dworze. Wzięłam głęboki oddech i zaczerpnęłam świeżego powietrza do płuc, ból lekko ustawał, lecz w głębi serca czułam, że coś jest nie tak. Szukałam wzrokiem mojego samochodu, po jakiś pięciu minutach go znalazłam. Boże, jak mi dzisiaj wszystko nie wychodzi. Wsiadłam do samochodu, rzuciłam torebkę do tyłu, włożyłam kluczyki do stacyjki, i zastygłam… „Czy ja mogę teraz prowadzić?” – pomyślałam. Potem naszła mnie druga myśl: raz kozie śmierć. Odpaliłam garbusa i ruszyłam do domu. Kiedy byłam już pod domem, doszłam do wniosku, że nie wiem jaki jest dzisiaj dzień. Złapałam torebkę i zaczęłam szukać mojego telefonu. Kiedy go znalazłam, weszłam w kalendarz.
-Yhym… - powiedziałam do siebie – a więc dzisiaj mamy niedzielę… I dodatkowo dzisiaj przyjeżdża do mnie ciocia. Kurwa! Ciocia! Tata wyjeżdża! – ożywiłam się.
Wybiegłam z samochodu, jeśli oczywiście można nazwać to „wybiegnięciem”. Do domu weszłam w trybie natychmiastowym-przyspieszonym. Potknęłam się o walizki.
-Cholera! – rzuciłam.
-Jakie słowa ja słyszę?! – powiedziała ciocia.
-Dam sobie rękę uciąć, że wypowiedziane.
-Bardzo zabawne młoda damo.
-Tato jeszcze jest?
-Jest. W pokoju.
Wbiegłam do tego pokoju i przytuliłam się do taty. W tym momencie usłyszałam klakson.
-No… Zdążyłaś w ostatniej chwili. – powiedział. Poczym pocałował mnie w czoło, i wyszedł z pokoju.
Stałam w progu, i tłumiłam w sobie emocje. Mój brat nie zszedł, na dół, co było dziwne. Ale w tym momencie się nie przejęłam. Tato przytulił ciotkę, wziął walizki i wyszedł. Ja wybiegłam za nim na dwór.
-Do zobaczenia za miesiąc! – powiedziałam i machałam jak głupia.
Patrzyłam jak samochód z moim tatą odjeżdża, aż w końcu znikł mi z oczu. Poleciała mi pojedyncza łza. Podeszła do mnie ciocia i złapała za ramię.
-Jest jeszcze jedna wiadomość – powiedziała takim czułym głosem.
-Słucham.
-Twoja papuga zdechła.
-Co?!
-Jest pochowana, w ogrodzie, koło gruszy.
-No Kuźwa jeszcze tego mi brakowało! – wykrzyczałam.
-Zostaniesz na chwilę sama?
-No tak… A czemu pytasz?
-Twój brat ma dziwne ślady na skórze, od ugryzień lub czegoś innego. Pojedziemy do lekarza, a jeśli coś będzie nie tak to do weterynarza, sprawdzić czy nie dostał wścieklizny…
Nie słuchałam Klary dalej, pobiegłam szybko na górę, prawie wyważyłam drzwi do pokoju mojego brata. Siedział na łóżku, podeszłam do niego. Złapałam za rękaw, i go podwinęłam. Wyglądało to ohydnie, jak ślady po cięciu się. Przecież mu blizny zostaną do końca życia! Ble… Myślałam, że puszczę pawia jak to zobaczyłam.
-Kto ci to zrobił? – odpowiedziała mi cisza. – Możesz mi odpowiedzieć. Słuchaj… Przeżyłam kilka paranormalnych historii… Ty mi powiesz kto ci to zrobił, a ja ci je opowiem, okej? – pokiwał mi główką na tak. – A więc…? – w tym momencie weszła ciotka.
-Jedziemy – powiedziała do Damiena, a on wyszedł.
Usiadłam na jego łóżku. Musiałam sobie wszystko przemyśleć. Dziwne zadrapania mojego brata, o których nie chce mówić, i się czegoś boi. Śmierć mojej papugi… Papuga! Szybko pobiegłam do ogrodu, dzisiaj tyle biegam, że powinnam dostać zwolnienie z wf na cały rok! Uklękłam nad gruszą, dokładniej przy krzyżu zrobionym z patyków. Zaczęłam płakać, bardzo mocno.
-Dlaczego? – powtarzałam co chwila w myślach.
Wzięłam krzyż ze sobą i weszłam do domu. Z torebki wyjęłam portfel, wyciągnęłam z niego zdjęcie. Moje i Tuko. Przybiłam do krzyża. Umocowałam to tak mocno, żeby nie odkleiło się przy najbliższym silniejszym podmuchu wiatru. Zrobiłam piękną tabliczkę z napisem „Śp. Tuko”. Także przymocowałam do krzyża. Wyszłam z powrotem na ogród. W drodze do gruszy zerwałam parę kwiatków. Kwiaty położyłam na ziemi, gdzie spoczywała moja papuga, krzyż włożyłam w poprzednie miejsce.
-Trzeba już powoli robić krzyż dla Tweedy, w końcu papużki nierozłączki. Długo nie przeżyją bez siebie. – powiedziałam do siebie.
Po jakiś paru sekundach wzięłam się w garść.
-Hej maleńka, wiesz co? Pomszczę cię! Pomszczę Ciebie, Tweedy i moją mamę! TA ZNIEWAGA KRWI WYMAGA!! – krzyknęłam i wbiegłam do domu – Jesteś z siebie dumny? Wiem, że to ty maczałeś swoje ohydne pazury w śmierci mojej papugi! Wiem, że to ty okaleczyłeś mojego brata! Myślisz, że masz twarz jak po nie udanej operacji plastycznej i możesz wszystko?! To się grubo mylisz! Od tej pory prowadzimy wojnę! Rozumiesz? WOJNĘ! Wojna na śmierć i życie. Słyszysz? Zabiję cię! Pomszczę moich bliskich! Po prostu ci już nie odpuszczę! Zabiję cię, a następnie napluje na twoje martwe ciało! Mogę zrobić to nawet teraz! Słyszysz mnie? Wyjdź z ukrycia! Wiem, że tu jesteś. Wyczuje ciebie na kilometr. Śmierdzisz trupem i… Chwila co to za zapach? Tak… To zapach strachu. Ty tchórzu! Boisz się mi stawić czoła! – zaczęłam się śmiać, ale tak dziwnie. Aż sama się przeraziłam swojego śmiechu – Tchórz i dupek! – odrzekłam.
Poszłam się umyć. Weszłam do mojej łazienki.
-I co? Teraz buszujesz po moim domu, bo jestem w łazience? – wybuchłam śmiechem – JESTEŚ ŻAŁOSNY! – wykrzyczałam.
Zmyłam resztki mojego makijażu. Nalałam gorącej wody do wanny. Wbrew pozorom, to co dzisiaj przeżyłam było straszne, i wyczerpujące. Weszłam do wody, i odprężyłam się. Starałam sobie przypomnieć co działo się wczorajszego wieczoru, lecz na samą myśl, rozbolała mnie głowa. Jedyne co pamiętam, to pierwszy toast za Marg… A potem… Potem to jedno wielkie nic. Pustka. Film mi się urwał… Nie… Na pewno nie… Po jednym kieliszku nie urywa się od tak film. No chyba, że ma się bardzo, ale to bardzo słabą głowę. Nigdy mi się to nie zdarzyło więc to nie możliwe… A więc coś musiało się innego stać. Z zamyśleń wyrwał mnie telefon.
-Halo?
-No hej! – w słuchawce usłyszałam głos, Elisabeth
-O witaj. Właśnie tego mi było trzeba.
-Tego, to znaczy tego?
-Gorącej kąpieli i twojego głosu. – Elis. zachichotała
-To miło. Ej… Co się z Tobą stało?
-A o co pytasz…?
-Na imprezie, po pierwszym toaście gdzieś znikłaś, a jak już wróciłaś to dziwnie się zachowywałaś. Z domu wybiegłaś rano, bez pożegnania ani nic… O co chodzi?
-A wiesz, że nic nie wiem. Nie pamiętam nic z wczorajszej imprezy. Rano nie mogłam się ruszyć, ale w momencie dostałam siły i wybiegłam. W domu pożegnałam się z tatą, wraca za miesiąc, ale to już wiesz. Mój brat został podrapany przez jakieś zwierzę, z jednej rany wychodzi mu mięso, blizny zostaną mu do końca życia już. Apropos mojego brata, pojechał z ciocią do szpitala, i jeszcze ich nie ma. Martwię się… Aha i jeszcze jedno. Tuko mi zdechł, i to oznacza, że Tweedy też za niedługo zdechnie, bo w końcu to papużki nierozłączki. A po za tymi czterema wątkami, to wszystko po staremu i wspaniale. A co tam?
-Wow… Nie chciałabym być twoim sercem, bo właśnie krajałabym się na pół. Tak rozłąka z tatą, podczas gdy nie masz mamy, i jeszcze straciłaś jednego ze swoich najlepszych przyjaciół, i czekasz aż stracisz drugiego i wiesz, że nic nie możesz zrobić. Znikasz tajemniczo z imprezy i równie tajemniczo się potem zachowujesz. Twój brat doznaje dziwnego rodzaju stygmatów. Czy twoja rodzina nie ma żadnej klątwy?
-Właśnie nie mam pewności. Miałam dzisiaj przeszukać wszystkie pamiątki, ale tyle się działo, że nie mam siły na to.
-Rozumiem Cię… Mam ci pomóc w poszukiwaniach?
-Wolałabym nie… Wiesz, zawsze może okazać się coś dziwnego, i potem nasza przyjaźń będzie specyficzna. Tak, wiem… Teraz mi powiesz, że obojętnie co znajdę nie zaszkodzi naszej przyjaźni, ale ja sama boję się tego co znajdę, a co dopiero ty?! Kiedy coś znajdę, i oswoję się z tym, na pewno się odezwę.
-Okej, rozumiem. Jutro normalnie do szkoły?
-Jeszcze szkoła… Tego mi brakowało… Tak, tak wszystko po staremu. Podjadę po Ciebie i po Margarett. A więc do jutra.
-Do jutra.
I zakończyła się rozmowa. W słuchawce była głucha cicha, gdzieś znikł głos Elis. który sprawiał, że czułam się bezpieczniej. Siedziałam tak w tej wodzie i znowu zaczęłam rozmyślać.
-Czyli w trakcie imprezy wychodziłam gdzieś… Tylko gdzie? To mnie właśnie bardzo ciekawi. Potem wróciłam. I dziwnie się zachowywałam. A ja nic nie pamiętam. To było dziwne. Rano przez pewien czas byłam przywiązana niewidzialnymi linami do łóżka, potem dostałam kopa jak po energy drinku. I takie kopy miałam regularnie przez cały dzień. Usłyszałam, że ktoś wchodzi do domu. Szybko wyszłam z wanny, wyciągnęłam korek. Osuszyłam się ręcznikiem, nałożyłam szlafrok i zbiegłam na dół, prawie zabiłam się na schodach. I po raz kolejny dostałam kopa, podczas tego dnia… Zobaczyłam mojego brata. Cały w bandażach, to był przerażający widok. Moje serce łamało się już na ćwiarteczki… Jeszcze chwila, a zupełnie będę pozbawiona serca. Moja ciotka coś do mnie mówiła, nic do mnie nie docierało, po prostu stałam i patrzyłam na mojego brata. Na bandaże, które w co niektórych miejscach były czerwone, na oczy, w których była szklanka od płaczu. Podeszłam do niego, przytuliłam go. Poleciały mi łzy. Po raz pierwszy w życiu, nie byłam na niego zła jak zawsze. Wiedziałam, że kiedyś taki dzień nadejdzie, ale miałam nadzieje, że nie będzie to taka drastyczna scena. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do jego pokoju. Przebrałam go w piżamę, nakryłam kołdrą, i usiadłam koło niego.
-To jak? – zaczęłam po chwili. – nasza umowa trwa dalej? Ty mi mówisz kto ci to zrobił, a ja ci opowiadam moje historię.
-To zrobił taki pan… On tu jest… Powiedział mi, że nigdy stąd nie wyjdzie… Zdradził mi też, że ma mamę, i nie odda nam jej… I że zależy mu na Tobie… Że chce… - zaczęły mu łzy lecieć.
-Już kochanie, nie płacz. – pocałowałam go w czoło.
-Że chce, ciebie do kolekcji. Czekał na twoje szesnaste urodziny od zawsze. – przeszły mnie dreszcze.
-A powiedz mi jeszcze jedno… Czy on przypominał ci choć w małym calu… Kota?
-Tak. – spodziewałam się tej odpowiedzi, ale i tak mną wstrząsnęła.
-Okej. Ty mi opowiedziałeś co ci się stało, a ja ci opowiem co mi się przytrafiło. – spojrzał na mnie zaciekawionymi oczkami. – jakoś w piątek, myłam się. Usłyszałam hałas w pokoju, myślałam, że to ty szukasz konsoli, kiedy wyszłam okno było otwarte na szerokość, a mój pokój był wywrócony do góry nogami. Następna przygoda, to stanęłam oko w oko z tym „Panem” w salonie, rozmawiałam z nim. Lecz ty z tatą wróciłeś z zakupów i mi uciekł gdzieś. Kiedy znowu się myłam, on chciał włamać się do mojej łazienki. Więc te całe zarysowania itd. Nie zrobił Jackob, tylko on… I jeszcze ukradł mi wszystkie notatki na temat mamy, wycinki z gazet i wszystkie dowody oraz pamiątki. I wiesz co? Czuję jego obecność non-stop.
-Ja też… - pocałowałam go, chciałam wyjść z pokoju – Roxana!
-Słucham?
-Śpij dzisiaj ze mną, nie zostawiaj mnie.
-Dobrze… - Wzięłam go na ręce, i zaniosłam do mojego pokoju.
Położyłam go na łóżku, przebrałam się szybko w piżamę. Podeszłam przed snem do klatki Tweedy, była bardzo zasmucona.
-Ej maleńka. Nie smuć się, musisz być silna. Tak jak ja, nie poddawaj się. Walcz o swoje życie! Jeszcze wiele przed tobą! Nie możesz się teraz poddać! Nie czas na ciebie… - pocałowałam ją w dziób.
Pogłaskałam Jackoba i Bobiego, i wskoczyłam do łóżka. Wtuliłam się w Damiena i czekałam aż uśnie. Kiedy już sobie słodko chrapał, ja wstałam i odpaliłam laptopa. W Google, wpisałam zagadnienie: kotołaki. Nie mogłam spać, więc zamiast marnować czas, poczytam sobie co nieco na ten temat… Będę wiedziała jak z tym walczyć…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz