wtorek, 5 czerwca 2012

Rozdział XI


Siedziałam i obserwowałam co on robi. Po tym wszystkim wywnioskowałam, że się stresuje. Ja się patrzyłam na niego, on na mnie. Nie miałam zamiaru odezwać się pierwsza, czekałam aż on wykona pierwszy ruch. Nigdzie mi się nie spieszyło, na mojej liście rzeczy do zrobienia był tylko wieczorny prysznic i pójście spać. Nic takiego. Więc mogłam sobie posiedzieć. Siedziałam i czekałam. Czułam, że mam nad nim jakąś przewagę, byłam bardzo pewna siebie. Przesiedziałam tak z może kilka minut… Cieszę przerwał jego niepewny głosik:
-Przyszłaś może pożyczyć cukier? Wiesz… Tak po sąsiedzku, jak robią w filmach. Pieczesz ciasto… Lubię ciasta… Zaprosisz mnie na skosztowanie?
-Pudło.
-To może po prostu przyszłaś zapytać jak się czuję? A wiesz,  już nos mnie nie boli – uśmiechnął się – nie wiem co bym bez ciebie zrobił naprawdę… Fachowa opieka, nie myślałaś żeby zostać pielęgniarką. Nadawałabyś się naprawdę. – popatrzył na mnie, jakby oczekiwał odpowiedzi – Hm… To może przyszłaś porozmawiać z moją mamą, masz jakiś problem i ona ma Tobie pomóc. Fajna kobieta pomoże Ci, ręczę za nią.
-Bredzisz.
-Co bredzę?
-Głupoty, ot co.
-Krępujesz mnie.
-Ja? Czym… Może tym, że się na Ciebie patrzę? Bądź facetem…
-Po co przyszłaś? – jego głos zabrzmiał trochę groźnie.
-Co się wydarzyło w tedy?
-Kiedy?
-No w tedy!
-Nie dojdziemy do porozumienia.
-Wiesz dobrze o czym mówię.
-No właśnie nie za bardzo.
-Człowieku jesteś cały pokiereszowany, uratowałam Ci życie dupku, chyba mam prawo wiedzieć co się wydarzyło? A może miałeś umrzeć, a ja tylko przeszkodziłam? Nie lubię przeszkadzać, mogę poprawić swój błąd, naprawdę. – brzmiałam inaczej niż zawsze, mój głos był bardzo pewny – Uwierz mi na słowo. A może jednak dobrze, że się tam pojawiłam… Kto normalny wychodzi o tej porze z domu? Przecież to chore jest!
-I kto to mówi? – zapytał z odrobiną sarkazmu.
-Dowiem się co tam robiłeś? Pamiętaj, że ja i tak będę wiedziała co tu się dzieje. Nie zostawię tak tego.
-Co ty niby tam widziałaś… No właśnie… Niewiele, a nawet jeśli. Masz dowody, cokolwiek? Nie? Tak myślałem, a teraz wyjdź.
-Wiesz, że ja nie żartuje? – zapytałam
-Dobranoc. – odparł.
               Wstał, pokazał mi gdzie są drzwi. Ja grzecznie się podniosłą, ukłoniłam się z gracją kiedy już stałam w progu odwróciłam się i dodałam przed wyjściem:
-Kolorowych koszmarów.
               Wróciłam do domu. Już w drzwiach przywitało mnie miłe i przyjazne dobre słowo od cioci:
-Gdzieś ty do cholery była?
-U sąsiada… Z naprzeciwka. A teraz, jeśli pozwolisz, udam się do swego pokoju, wezmę kąpiel i położę się spać. Cały dzień skakałam, więc mam prawo wypocząć – nie oczekiwałam odpowiedzi, od razu ruszyłam do pokoju.
               Weszłam do łazienki, ściągnęłam ciuchy, spięłam włosy w niedbałego koczka żeby ich nie zamoczyć, nalałam gorącej wody do wanny. W stercie ciuchów znalazłam stare MP3. Nasypałam odprężającej soli do wody, rozpuściłam ją. Słuchawki włożyłam w uszy i położyłam się w wannie. W słuchawkach leciała piosenka: Simple Plan – Your love is a lie. Boże jak ja dawno tego nie słuchałam… Słychać, że stare MP3. Leżałam sobie w tej wannie, leciały kolejne piosenki… Tak długo leżałam aż woda nie zrobiła się zimna. Wyszłam z wanny i wypłukałam całą od resztek soli, oczywiście wcześniej spuszczając wodę z niej. Wytarłam się, założyłam alladynki i za duży T-shirt z napisem: „Nienawidzę koszulek z napisami”. Jeszcze rozczesałam włosy, zaplotłam warkoczyka. Takim sposobem oszczędzam rano czas i nie muszę się męczyć z kołtunami. Wyszłam z łazienki i to co zobaczyłam przeraziło mnie… Nie mogłam dojść do siebie, stałam w drzwiach i nie wierzyłam co widziałam. Przetarłam oczy i uszczypnęłam się żeby mieć pewność, że nie śnię… W moim pokoju było czysto! Każda rzecz leżała w tym samym miejscu co przed wyjściem do łazienki. Okno było zamknięte, nie ruszone. Wszystko było cacy stuk-stuk. Zamknęłam drzwi od kibelka, usiadłam przy biurku i wyciągnęłam książki. Jutro sprawdzian, wypadałoby się coś nauczyć, albo no nie wiem… Chociaż poudawać…
               Nie minęło pięć minut, a już rozległ się jakiś huk na ulicy. Jakieś zbite okno, krzyki. Wychyliłam się przez okno, i co zobaczyłam? Christopher leżał na trawie i zwijał się z bólu. Odruchowo popatrzyłam w okno a tam co? Kotołak, no kurde przysięgam, że to był ten kotołak. Stał i się śmiał. Nagle sąsiedzi zaczęli się zbierać, przyjechała policja i pogotowie. Niestety, ale tak się zajęłam tym całym zamieszaniem, że zapomniałam obserwować tego potwora. Po chwili wszyscy rozeszli się z powrotem do domów, a ja patrzyłam się w okno i sprawdzałam czy to coś tam jest… Niestety, albo stety nie było go tam. Ogółem nikogo nie było w jego domu. Odeszłam od okna, zeszłam na dół, już miałam wychodzić, ale ciocia mnie zatrzymała.
-Gdzie się wybierasz dopiero co wróciłaś i jesteś na dodatek w piżamie…
                Spojrzałam na siebie, potem na ciocie, znowu na siebie i na dwór.
-Y… No bo, Christopher miał przed chwilą wypadek i jego mama dała mi znak przez okno, że mam tam pójść i zaopiekować się domem pod ich nieobecność.
-A podobno tak zmęczona jesteś.
-Bóg kazał pomagać. – ciocia westchnęła głośno – to co? Mogę iść?
-No idź, idź. – poszła do salonu – jak spotkać Isabel to pozdrów ją i powiedz tam jej miłe słówko ode mnie.
-Y… Jasne, nie ma problemu… – wyszłam z domu i zamknęłam za sobą drzwi – bo po co niezauważenie wyjść przez okno, najlepiej… Prosto w paszczę lwa – mówiłam do siebie – Isabel? To chyba mama Christophera… Chyba!
Stałam właśnie pod drzwiami od jego domu, pociągnęłam za klamkę i niestety drzwi były zamknięte. Więc obeszłam cały dzień dookoła i nie znalazłam ani jednego drzewa, drabinki, krzaczków czego kol wiek, po czym mogłabym wejść na górę! Nic, zero, null! Ale ja się nie poddam, nie ma takiej opcji, nie, nie, nie… Nie byłabym godna nosić miano Roxany Rain, gdybym się poddała w tym momencie. Takiej okazji się nie przepuszcza, nigdy! Obeszłam dom, jeszcze raz. Jedynie co zauważyłam, to na pierwszym piętrze wybitą szybę, okno od kuchni było lekko uchylone… A obok? Klucze wisiały na ścianie zaraz przy tym okienku.  Nie miałam pewności, że to od drzwi frontowych, ale garażowymi kluczami też bym nie pogardziła. Miałam już włożyć łapę do środka żeby sięgnąć kluczy, ale w ostatnim momencie się powstrzymała. No bo nie miałam przecież pewności, że nie mają alarmu… Jak to musiało dziwnie wyglądać, jak dziewczyna w za dużym T-shirt’cie na mróz w spodenkach 3/4 i bez stanika, kręci się ciągle wokół jakiegoś domu, jakby chciała znaleźć dziurę w budynku, żeby się tam dostać… Jeśli sąsiedzi tak myśleli, to po części mieli racje, ale tylko po części. Bo nie jestem głupia i wiem, że ludzie nie robią dziur w budynku żeby się do niego dostać, kiedyś owszem tak robili, ale teraz to się nazywa drzwi. Zbaczam trochę z tematu… Spoglądałam w każde okno, w poszukiwaniu alarmu. W salonowym oknie zobaczyłam go, ale wyłączonego. Wracając z powrotem do tego kuchennego okna, zabrałam jakiś chudziutki kij. Wcisnęłam go przez szparę, i dziwnym trafem wyciągnęłam kluczę. I teraz jedyne co mi pozostało to dowiedzieć się od czego one są oraz dostać się do mieszkania. Pierwsze co, to stanęłam przed frontowymi drzwiami… Kluczy było pięć, zamków trzy. No to teraz będzie ciekawie, pierwszy klucz od razu odrzuciłam, ponieważ był okrągły, a wszystkie zamki były standardowe. Po kilku minutach udało mi się otworzyć jeden z zamków.. Został mi jeszcze drugi… Straciłam na to kolejne minuty z mojego życia, ale warto było. Weszłam do środka, drzwi zamknęłam, klucze odwiesiłam i powędrowałam do pokoju Christophera. Nie powiem, że nie… Jak na chłopaka to miał porządek w pokoju, ale w sumie, z tego co pamiętam to ostatnim gościem w jego pokoju był kotołak… One porządku nie zostawiają. Nie miałam w sumie czego tracić i poszłam w ślady stwora i też zrobiłam większy zamęt w poszukiwaniu czegokolwiek w jego pokoju.
               Zaczęłam od biurka, ale tam znalazłam tylko stertę papierów, książki i komputer. Włączyłam komputer i podczas gdy on się uruchamiał, ja zaczęłam szperać w szafce nocnej… Znalazłam tam zeszyty, pamiętnik i prezerwatywy… No tak chłopak, świeżo po osiemnastce, nie ma co – oryginalny prezent dostał od kolegów. Pamiętnik położyłam na parapecie, żeby wychodząc o nim nie zapomnieć. Od razu mówię, to nie jest kradzież! To jest pożyczenie własności, bez zgody właściciela… Pożyczenie, nie kradzież! Ja widzę różnicę, po prostu na spokojnie przestudiuję go w domu, jeśli będzie trzeba to skseruje potrzebne mi strony i oddam. Nawet nie zauważy, że ten pamiętnik opuścił mury tego domu. Kiedy zamknęłam szafkę, odwróciłam się w stronę komputera, no tak, chłopaczyna ma hasło na komputer, ale to mi wcale nie przeszkadzało, bo ma konto gościa. Weszłam na to konto, na youtube obejrzałam filmiki jak włamać się na profil z tego konta. Postępowałam według instrukcji i znalazłam się na jego koncie. Byłam z siebie dumna, pootwierałam mu wszyściutkie foldery, sprawdziłam e-mail i takie tam duperele. Niczego ważnego nie znalazłam, po za tym, że tego feralnego wieczoru ktoś mu wysłał e-maila, że chce się z nim spotkać. Zapisałam sobie adres na karteczkę i włożyłam ją do pamiętnika. Zaczęłam szperać w reszcie mebli w jego pokoju, i nagle natchnęłam się na stare pudełko… Coś mi to pudło mówiło, ale nie mogłam sobie w tym momencie przypomnieć co. Otworzyłam je, i co w nim znalazłam? Medalion. Ściągnęłam z szyi ten mojej mamy i porównałam… Były identyczne, dokładnie taki sam jaki znalazłam na strychu, kilka dni temu… Był tam także list, i zdjęcia… Zrobiłam ich ksero, włożyłam do pamiętnika, orginały plus jego medalion odłożyłam na miejsce, a swój założyłam na szyję. Złapałam pamiętnik i już miałam wychodzić z jego mieszkania kiedy usłyszałam jak ktoś otwiera drzwi frontowe, zrobiło mi się gorąco nie wiedziałam co mam robić, a raczej gdzie się schować. Z paniki pobiegłam na strych, zamknęłam za sobą drzwi i zapaliłam światło. Zobaczyłam małe okienko, na końcu strychu, a także słyszałam, że ktoś się zbliża. Nie miałam pewności, że ten ktoś idzie na strych, mógł też się udać do pokoju chłopaka, ale nie mogłam ryzykować. Schowałam się pod jakimś starym prześcieradle, słyszałam jedynie kroki, nic więcej. Serce waliło mi jak szalone, cały czas patrzyłam się na to okno, korciło mnie żeby do niego pobiec i wyskoczyć, ale bałam się że zostanę przyłapana… No i oczywiście, bo ja nie mam co robić tylko z pierwszego piętra skakać w stabilizatorze… Boże, czemu mnie pokarałeś tak małym mózgiem?! No dobrze, żyłam chwilą. Podbiegłam szybko do okna, a w tym momencie kroki ucichły. Popatrzyłam przez nie, i przeraziłam się odległością… Najlepsze było to, że nie mogłam się ruszyć z miejsca ponieważ ten ktoś nasłuchiwał mnie.
               „No to pięknie, Roxano, kiedy tylko stąd wyjdziesz wręczę Ci puchar za pomysłowe wyjście z sytuacji i nie wiem jak to zrobię, ale kopnę Cię w dupę tak, że następnym razem pomyślisz pięć razy zanim coś zrobisz” – powiedziałam do siebie w myśli.
               Zamknęłam oczy, zacisnęłam pięści i modliłam się w sercu, żeby ta osoba nie weszła tutaj.. Stałam tak z pięć, dziesięć minut? Nie było mi wygodnie, ale za błędy trzeba płacić. Usłyszałam jak kroki się oddalają i wykorzystałam ten moment. Otworzyłam okno na szerokość i rozejrzałam się, ujrzałam piorunochron. Pamiętnik wyrzuciłam na dół, a sama stanęłam na parapecie po drugiej stronie. Prawą ręką złapałam się jego i zeskoczyłam, szybko dołączyłam do tego lewą dłoń i lekko się tylko ześlizgnęłam. Zaparłam się jeszcze nogami, żeby nie ześlizgiwać się i wisiałam tak sobie przez chwilę zanim do siebie nie doszłam… Zaczęłam powoli zjeżdżać na dół. Poczułam się jak na ściance wspinaczkowej, tylko, że tutaj nie było zabezpieczenia i było o wiele bardziej niebezpieczniej niż tam. Kiedy już znalazłam się na ziemi miałam ochotę ją ucałować, ale w oknie przed którym stałam zapaliło się światło, szybko złapałam co moje i pobiegłam do domu, przeskoczyłam przez płot, wbiegłam do mieszkania i szybciutko do pokoju. Usiadłam na swoim łóżku, starałam się opanować oddech. Matko, co ja zrobiłam?! Zjechałam po piorunochronie w dół i przeskoczyłam przez płot w stabilizatorze! A z wychowania fizycznego wychodzi mi ledwo trója… Kiedy już opanowałam emocje i przestałam podziwiać swój wyczyn, odtwarzając go ciągle w głowie, spojrzałam na ręce. Były całe zakrwawione…
               - Brawo Rox… Brawo – powiedziałam do siebie – plus sto do inteligencji… - westchnęłam.
`Weszłam do łazienki, przemyłam rany wodą utlenioną i opatrzyłam sobie wszystko bandażem. Nawet sprawnie mi to poszło, ale nie byłam zadowolona z wyniku… Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I taka jest prawda. Powyciągałam sobie jeszcze kurz z włosów, który wpadł mi jak na strychu siedziałam pod prześcieradłem i wskoczyłam do wyrka. Zaraz na moim łoży znalazł się Damien i Bobi. Oni szybko odpłynęli, a ja siedziałam i patrzyłam się przez okno, prosto na dom Christophera… Ciekawe co znajdę w jego pamiętniku… Sprawdzę to dopiero jutro, dzisiaj już nie mam na to czasu… Trzeba w końcu dać odpocząć tej nodze, już się dzisiaj dość naskakała…

1 komentarz:

  1. Uwielbiam twoje opowiadanie : )
    Zapraszam do mnie na drugi rozdział.
    http://lost-in-the-warm-wind.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń